OKIEM REDAKTORA ŁUKASZA
Stało się – Blindead w końcu powrócili na całego. W mocno przemeblowanym „nowym-starym” składzie i pod delikatnie zmodyfikowaną nazwą, ale powrócili. Wydana dwa lata temu niezbyt satysfakcjonująca (przynajmniej mnie, choć Let Them Speak na zawsze w serduszku) EPka Vanishing okazała się jedynie odpowiednikiem strzału ostrzegawczego i czymś na przeczekanie piekiełka wydawniczego, w którym ugrzązł ich zapowiadany dużo wcześniej pierwszy pełniak. Koniec końców udało się wszystko spiąć, a krążek Deuterium dzięki Mystic Production oraz Peaceville Records ujrzał w ubiegłym miesiącu światło dzienne.
Panowie podzielili opowiadaną na płycie, ewidentnie nawiązującą do trudnych lat Mateusza Śmierzchalskiego, historię o traumie, izolacji, walce z demonami oraz odrodzeniu na trzy rozdziały. Najlepsze co mają do zaoferowania umieścili na początku – dwuczęściowe Immersion prezentuje każdego asa w rękawie zespołu, i to nie w pigułce (łącznie ponad 18 minut). Bryluje przede wszystkim powracający do zespołu Patryk Zwoliński, którego potężny growl ma moc zrywania dachów, a pełen emocji czysty śpiew nadal jest bardzo miły dla ucha. Ciosane przez Havoca riffy wgniatają w podłogę, ocierając się w „dwójce” o death metal, a nieinwazyjne użycie przez niego syntezatorów oraz klawiszowe intro Immersion I oraz outro Immersion II Ojerssona dokładają ogromną cegłę do ponurego klimatu budowanego przez zespół. Klimatu, z którym nie do końca współgrał mi śpiewany przez byłego członka Tiamat czy Katatonii przebojowy refren otwierającej płytę kompozycji. A przynajmniej tak było na początku, bo z kolejnymi odsłuchami Deuterium łyknąłem każdy element obu „Immersji” bez popitki. Więcej wytchnienia przynosi zaśpiewany wyłącznie przez Szweda, nawiązujący do Ascension, delikatny Wither, swoją drogą najkrótszy na płycie. Dziesięciominutowy Worst Laid Plans to po raz kolejny cała paleta możliwości kapeli – miażdżący ciężar, równie ciężki klimat i całkiem nośny refren, w środku chwila wytchnienia równoważąca te przytłaczające doznania tylko po to, aby za chwilę znowu uderzyć – i już wiem, że odrodzenie Blindead to jedna z najlepszych rzeczy, jakie w ostatnich latach przydarzyły się polskiej scenie. No i na pewno jedna z najlepiej wyprodukowanych – brzmi to naprawdę znakomicie.
Dwie kolejne kompozycje budzą we mnie nieco mieszane odczucia. Numer tytułowy broni się według mnie głównie refrenem, pozostała jego część ponownie flirtuje z death metalem, lecz tym razem zróżnicowanie kompozycji nie jest tak bogate, jak w przypadku Immersion II, przez co na tle poprzednich kawałków wypada według mnie dość blado. Podoba mi się za to znacznie lżejszy, powiedziałbym nawet, że w dużej mierze prog-rockowy Towards the Dark, który został zaprezentowany już w 2022 roku. Ta jego lekkość mocno odstaje jednak od pozostałej zawartości Deuterium, traktuję go więc jako dowód drogi przebytej przez nową odsłonę Blindead od wtedy do dziś. Wieńczący album You Are the Universe, po nieco przerażających, zdehumanizowanych dźwiękach szybko kieruje się na „afflictionowe” tory – ten klimat fani zespołu rozpoznają momentalnie. Nie radzę jednak mocno skupiać na porównywaniu go z tamtym krążkiem, bo to niestety nie te buty. Zamiast tego polecam wsłuchać się w wokal i docenić, jak znakomicie jest to zaśpiewane. Szkoda, że tak krótkie – blisko dwie trzecie tych sześciu minut to pełniące rolę outra urokliwe klawisze Ojerssona.
Od pierwszej zapowiedzi tej płyty minęło tyle czasu, że hype na wielki comeback Blindead zdążył już bardzo mocno opaść. Na szczęście przygotowany przez zespół materiał szybko wzniecił we mnie tamtą podjarkę. Być może nie jest to album bez wad, jest on jednak tak dobry, że z niecierpliwością wyczekuję tego, co jeszcze uda się temu składowi stworzyć – a jestem przekonany, że stać ich na jeszcze więcej niż zaprezentowali przy okazji Deuterium. Niezmiernie mnie cieszy, że nowa płyta chłopaków dołącza do grona wydawnictw, przy których Niewiosna wygląda jak przykry wypadek przy pracy. Mam nadzieję, że uda mi się w tym roku sprawdzić ten materiał na żywo w trakcie jesiennej trasy koncertowej i tych wszystkich, którzy dotarli do końca tej recenzji przy okazji gorąco zachęcam do zainteresowania się tymi sztukami.
Ocena: 8.5/10
OKIEM REDAKTOR JOANNY
Wydawnictwa Blindead, we wszystkich dotychczasowych odsłonach, od dnia ujrzenia światła dziennego są dla mnie wydarzeniami zapisanymi w popisanym, wyświechtanym kalendarzu. Oczywiście śledzę i przeżywam wszystkie przetasowania zespołowe, ale nie będę ukrywać, że są to dla mnie raczej side stories, bowiem niezmiennie przyciągają mnie dwa z najważniejszych czynników, czyniących ten zespół wyjątkowym na tle innych – koncept i wokal. Nie jest tajemnicą, że technicznie muzycy Blindead, czy to pod tym szyldem, czy w innych projektach, błyszczą i właściwie nie można im niczego zarzucić. Mnie jednak od zawsze bardziej interesuje to drugie dno każdej płyty. To właśnie zabiera moją uwagę, tym razem również.
Historię resetu Blindead do Blindead 23 pomijam z premedytacją. Powiedziano już o niej wszystko, i to z nawiązką. Jeśli ktoś jest zainteresowany co tu się wydarzyło w szczegółach, odsyłam do licznych wywiadów z zespołem. W kwadratowym zakręcie dochodzę do prostego wniosku: Patryk Zwoliński, kreślący muzyczne opowieści, w duecie z Mateuszem Śmierzchalskim stanowią kręgosłup kolejnego wcielenia zespołu, który wszedł dokładnie w to miejsce, które mnie zatrzymało przy nich na dłużej, choć EPka Vanishing nie bardzo zwiastowała taki obrót sprawy. Skupiając się natomiast na meritum nowej płyty Deuterium, wydanej przez legendarną wytwórnię Peaceville, a nagranej trzy lata temu w szwedzkim studiu Gröndahl, mogę wydać werdykt od razu – to kawał doskonałej współpracy kilku doświadczonych muzyków wysokiej klasy, ułożonej w przemyślaną, konsekwentną całość.
Sam kolektyw, zawiązany przy tworzeniu Deuterium, na papierze sprawiał wrażenie supergrupy. Roger Öjersson – znany z Tiamat i Katatonii, Vinicius Nunes – brazylijski multiinstrumentalista sesyjny, Maciej Janas – gitarzysta ukochanej przeze mnie Ketha, plus Paweł „Pavulon” Jaroszewicz – perkusyjna maszyna i trzon kilku zespołów. W tym całym personalnym tyglu Śmierzchalski i Zwoliński pozostali osią projektu i wszystko zaczęło się układać. Już przy pierwszym kontakcie z płytą można było z czystym sumieniem założyć, że miks osobowości i doświadczeń muzyków zwyczajnie musiał zadziałać. Ale znowu – to nadal side story.
Przede wszystkim wyjdę nieco naprzeciw mojemu redakcyjnemu koledze w kwestii numerów, które jego zdaniem odstają od całości. Moje subiektywne nieobiektywne odczucia są zgoła inne – tutaj każdy element ma swoje miejsce i swoją rolę, a nawet jeśli tempo narracji na moment się zmienia, to dla mnie ma to sens. Absolutnie świetnie wypada duet wokalny. Bujający, niemal hipnotyzujący głos Öjerssona znakomicie współgra z rozwścieczonym, niemal zwierzęcym rykiem Zwolińskiego, albo z tą jego ponurą, jedyną w swoim rodzaju melancholią. To jest dialog dwóch wokalistów, dwóch osobowości, które wzajemnie się uzupełniają. Szczególnie Immersion i rozbudowane Immersion II wybijają się mnogością pomysłów, wyważeniem ciężaru i przestrzeni oraz zwyczajnie fajnymi rozwiązaniami kompozycyjnymi. To właśnie te momenty, w których najlepiej słychać bogaty warsztat muzyków, przy czym to nie są popisówki, nie rywalizują, a faktycznie budują dramaturgię kompozycji. Moim faworytem pozostaje jednak utwór zamykający album. Tutaj Blindead 23 brzmi najpełniej – fajny haczyk z riffem, napięcie, opowieść o podróży w głąb siebie, konfrontacji z własnymi demonami, najciemniejszymi emocjami i chwilami, w których człowiek grzęźnie w bezradności, aż w końcu przestaje z nią walczyć. To w prostym równaniu próba spojrzenia na własne słabości ze zrozumieniem i pogodzenia się z tym, że współistnieją. Po godzinie dociążania, wpuszczania na chwilę powietrza, gęstniejącego klimatu, You are the universe nie jest jednoznacznym happy endem, ale odpuszczeniem i zaakceptowaniem wszystkiego, czego nie można już zmienić, ze wszystkim tym, co czasami przytłacza i nie pozwala wypłynąć na powierzchnię. Sam koncept w dużej mierze wyrasta z osobistych doświadczeń Mateusza Śmierzchalskiego, niemniej zachowuje swego rodzaju uniwersalność. Każdy nosi w sobie światło i ciemność, a której z tych sił pozwolimy ostatecznie przejąć ster, zależy wyłącznie od nas.
Na podsumowanie zostaje mi słowo o produkcji. Nie do końca kupuję wyeksponowane wokale, cofnięte gitary i wyczyszczony sound. Nie traktuję tego jako minus płyty – to raczej kwestia mojego upodobania do większej ilości brudu w tak rozbudowanych kompozycyjnie albumach. Zdaję sobie sprawę, że stoję tu raczej w kontrze do większości opinii, dlatego zostawiam ten drobny zgrzyt bardziej pod własnym nosem niż pod adresem zespołu.
Ocena: 9/10
Blindead 23 na Facebooku
- Blindead 23 – „Deuterium” (2026) - 1 lipca 2026
- Acid King, Acidsloth, Hermopolis – relacja z koncertu, Kraków (28.05.2026) - 1 lipca 2026
- Sznur – „Cwel” (2026) - 25 czerwca 2026
