Przy okazji poznańskiego koncertu Cult of Fire warto odświeżyć sobie dyskografię tej czeskiej formacji, ale także sięgnąć do najnowszej propozycji The One, Who Is Made Of Smoke, która swoją premierę będzie miała w dzień koncertu w Poznaniiu (26.03.2025). Formacja wystąpi również w Gdańsku (27.03) oraz Krakowie (13.04).
Monumentalni black metalowcy po raz kolejny zagłębili się w tematy hinduistyczne i buddyjskie, które od czasu wydania मृत्यु का तापसी अनुध्यान (Ascetic Meditations Of Death) w 2013 są im najbliższe. Znakomicie słychać to w każdym z siedmiu utworów na The One, Who Is Made Of Smoke, dedykowanym bogini Dhumavati i wszystkim wdowom naszego świata. Jak twierdzi sam zespół, jest to najbardziej osobisty i głęboki album Cult of Fire wydany do tej pory. Nie orientuję się za bardzo w mitologii hinduistycznej, ale jak wynika z opisu albumu, rzeczona Dhumavati jest siódmą z dziesięciu Bogiń Mahavidya, i aby zaspokoić swój głód połknęła Shivę. Choć później go wypluła, ten odrzuca ją i przeklina, aby już zawsze pozostała wdową. The One, Who Is Made Of Smoke to koncept album, a każdy utwór to kawałek historii, które łączą się w jedną spójną całość. Opis do płyty mówi, że tematem przewodnim albumu jest kobieta radząca sobie z głęboką stratą swojego najbliższego towarzysza i miłości życia. Odizolowana i porzucona przez rodzinę i społeczeństwo, znajduje się w równowadze między istnieniem a zapomnieniem. W tym stanie bezbronności budzi się do nowo odkrytego celu poprzez oddanie Bogini Dhumavati. Ta duchowa podróż wnosi bogactwo do jej życia, wypełniając je szczęściem i miłością, które wykraczają poza materialne troski i zamiast tego skupiają się na boskiej więzi.
Zaś muzyka na tym albumie to monumentalna podróż po najbardziej mrocznych zakątkach duszy czeskich artystów. Cholernie się cieszę, że takie płyty powstają, bo przypominają mi najlepsze momenty twórczości ich krajanów z Master’s Hammer i Root – oprócz samej atmosfery dużą rolę odgrywa tu język czeski, w którym śpiewa Cult of Fire. Słyszę tu wyraźne piętno Ritual z najlepszego okresu Master’s Hammer czy genialnego The Temple in the Underworld i Black Seal black klimaciarzy z Root. To naprawdę godni następcy wyżej wspomnianych i znakomicie sprawdzają się w formule znanej już z tych zespołów.
Płyty trzeba słuchać w całości, żeby wczuć się w atmosferę całego albumu. Niecałe 40 minut to dla mnie za mało, więc włączam płytę od początku i z każdym przesłuchaniem odkrywam coś nowego, nowy świat kreowany przez Cult of Fire. Zauważyłem, że oprócz standardowego instrumentarium zespół śmiało wykorzystuje sitar, wszechobecny w muzyce indyjskiej, a tu dodający mistycznego klimatu. The One, Who Is Made Of Smoke otwiera wprowadzający grozę instrumentalny Loss. Z każdym utworem atmosfera gęstnieje i nabiera nowego wymiaru, po to, by apogeum nastąpiło, w moim zdaniem najlepszym momencie płyty, czyli w potężnym Dhoom. Dochodzi do tego furia black metalowej ekstazy, ale też nastrój i klimat ukojenia, chociażby w Blessing czy singlowym Joy. Na sam koniec Cult of Fire zapewnia nas, że There Is More To Lose.
Atmosfera całego albumu łączy furię black metalu z nastrojem niemal depresyjnym, kłującym gdzieś w najczarniejszych zakamarkach mojej świadomości. Zarówno zespół, jak i wytwórnia Beyond Eyes Production zapewniają nas, że muzyka Cult of Fire to Tantric Black Metal i ta definicja przemawia do mnie w stu procentach.
Jedynym minusem jest to, że ten klimat już znam z dokonań innych zespołów, i płyta jest zdecydowanie za krótka. Za to sam przekaz, brzmienie i kompozycje przekonują mnie do samego końca.
Ocena 9/10
Cult Of Fire na Facebook
- Mayhem – „Liturgy of Death” (2026) - 18 stycznia 2026
- Cobalt Wave – „Men.Mind.Machine” (2025) - 25 września 2025
- Ino-Rock Festival 2025 – Inowrocław (23.08.2025) - 25 września 2025






