Dead Head – „Haatland” (2005/2022)

Niech będzie przeklętym nieporządek w moich płytach! Żeby taka pozycja się zakopała, to już skandal! Niby nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale szkoda, że piszę tę recenzję z takim delayem. Dead Head to weteran holenderskiej sceny thrash metalu, ich działalność rozpoczęła się w końcówce lat 80. i od tego czasu band bombarduje częściej lub rzadziej swoimi nagraniami. Dziś pochylam się nad wznowieniem płyty z 2005 roku, noszącej tytuł Haatland, za której wydaniem stoi wytwórnia Petrichor. Album wyszedł na podwójnym CD i LP, mi w ręce wpadła wersja na srebrnym krążku.

Nie wiem, na ile marka Dead Head jest znana w naszym kraju, ale w moim życiu przewijała się regularnie i zawsze dobrze się kojarzyła. Haatland miałem okazję słuchać w okolicach oryginalnej premiery, zapamiętałem go jako dobry album, ale w ferworze kolejnych lat i premier wypadł z mojego obiegu. Cieszę się zatem niezmiernie, że płyta wróciła do mnie i to w sposób fizyczny, co gwarantuje jej pewne miejsce w kolekcji i regularne odtwarzanie.

Dead Head reprezentuje od zawsze scenę około thrash metalową, nie jest inaczej w przypadku omawianego albumu. Co go troszkę może wyróżniać to fakt, iż powstał w czasach, gdy moda na modern thrash metal wciąż jeszcze miała miejsce i mam wrażenie, że odbiła piętno na muzykach. Zespól przyspieszył, podkręcił brzmienie i swą muzykę pchnął w rejony uczęszczane przez takie załogi jak The Haunted czy Carnal Forge. Nie jest to absolutnie zarzut, Dead Head za długo byli na scenie, by zacząć kogoś kopiować, delikatnie rozwinęli styl i na moje wyszło im to na dobre. Szybkie, energetyczne i lecące na łeb na szyję kompozycje atakują słuchacza jedna za drugą, nie pozwalając na znudzenie. Co istotne, zespół nie wpada w monotonię, co przy tak szybkim thrashu mogłoby się wydarzyć. Tu zadbano, by utwory skomponowane zostały z pomysłem, a szybkość nie stała się celem samym w sobie. Całość szaleńczej gonitwy Haatland uatrakcyjnia rozszczekany wokal Toma von Dijka, który pomimo, że był również basistą, skomponował wokale gęsto, nie zwracając uwagi na to, czy będzie mu potem wygodnie grać i śpiewać. Jego praca to bardzo mocny punkt płyty.

Na drugim dysku znalazło się aż dziewiętnaście bonusów, na które składają się odświeżone nagrania demo i odpady z sesji z Jacobem Hansenem. Nie powiem, prawie osiemdziesiąt minut bonusów to spory ładunek, ale dla chcącego nic trudnego, a że brzmi to dobrze, to leci błyskawicznie. Polecałbym jedynie słuchać krążków osobno ze względu na duble materiału.

Dead Head na Facebook’u.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .