Jak dotąd chyba nie miałem okazji usłyszeć metalu z Tychów. Bohaterów tej recenzji trochę kojarzyłem, ale za słabo, by móc powiedzieć, że słuchałem/znałem. Wraz z trzecim albumem nadrabiam tę załogę i powiem szczerze, że Deadline w wersji 2022 jest zespołem gotowym i godnym polecenia. Ich nowe dzieło, Dust, Bones and Oblivion, wjechało na pełnej piątego października ubiegłego roku, wydane własnym sumptem muzyków, w schludnym digipacku, ubarwionym post-apokaliptycznymi grafikami Michała Xaaya Lorenca, któremu należą się brawa za wnętrze wkładki, w której w pełni rozłożył skrzydła.
Zacznijmy od brzmienia. Płyta została nagrana, zmiksowana i zmasterowana przez Tomasza Zalewskiego z Zed Studio. Tomek jest już niewątpliwie silną marką na poletku muzyki ekstremalnej i przy okazji Deadline również wykazał się profesjonalizmem. Całkiem nowoczesna muzyka, proponowana przez zespół, została przez niego zrozumiana i bardzo korzystnie zinterpretowana. Materiał brzmi czysto, ale nieprzesadnie krystalicznie. Słychać, że realizowany był z wykorzystaniem wszystkich nowoczesnych technicznych możliwości, ale pomimo futurystycznego soundu nie sieje tu plastikiem po uszach. Mechanika i witalność spotkały się gdzieś pośrodku, dzięki czemu płyty słucha się dobrze i z poczuciem, że wszystko jest na swoim miejscu.
Muzycznie band do dziś był łączony bardziej z metalcorem czy melodeathem. Chciałbym przy okazji nowej płyty zaznaczyć, że łatka ta została zerwana, jak stary plaster z rany, razem ze strupem. Słychać tu co prawda jakieś małe ciągotki do Szwecji lub djentujących łamańców, ale w całej oprawie te elementy nie dominują. Ja określiłbym Dust, Bones and Oblivion mianem nowoczesnego death metalu czy nawet post death metalu. Zespół zdecydowanie postawił tym razem na mocne riffy i dynamikę, wyciskając ze swoich pomysłów maksymalny drive i groove, który przełamywany jest od czasu do czasu fajnymi, przestrzennymi patentami (stąd przedrostek „post”). Połączenie tych elementów daje świetne kompozycje i jako całość udany album. Utwory lubią stylistycznie zahaczyć o Decapitated (np. Nuke Them From the Orbit i Pax Necropolis), czasem można wyłapać coś z Six Feet Under i, generalizując, muzycy dobrze czują się w średnich tempach, przez co rzadko wpadają w blasty czy ogólnie szybkie łupanki. Nacisk jest tu na czytelność aranżu i utrzymanie pomysłów w ryzach, bez przekombinowanych gęstwin. Jedynym wyjątkiem od reguły jest Empire of Rust, w całości utrzymany w post metalowej stylistyce i zdecydowanie pełniący rolę wyciszacza na płycie. Eksperyment ten jak dla mnie wyszedł albumowi na plus i ciekawie się przenika z siłową resztą utworów.
Deadline zgotował mi miłą niespodziankę i myślę, że wszyscy, którzy po przeczytaniu tego tekstu skuszą się, by sprawdzić Dust, Bones and Oblivion, także nie będą zawiedzeni. Nie jest to album dla zatwardziałych death metalowców, nie jest to też album dla szukających kompletnie nowego kierunku w metalu, ale mamy tu do czynienia z dobrze zagranym i świeżym metalem. Przekrój gatunkowy zaproponowany przez muzyków wpuszcza nieco świeżości, a siłowe riffy nadają solidnego, metalowego fundamentu, dzięki czemu album powinien pogodzić szerokie grono miłośników hałasu.
Ocena: 8.5/10
- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2023, Deadline, death metal, Dust Bones And Oblivion, modern metal, recenzja, review, Selfrealised.






