„Taylor Swift nagrała piosenkę trwającą 10 minut i podobno tylko ona jest zdolna tworzyć tak długie treści. Założyciele Deamonolith twierdzą, że 10 minut to spacerek dla frajerów. Pół godziny to wyzwanie” – takimi słowami rozpoczyna się biografia nowego potwora naszej sceny metalowej, zespołu Deamonolith. Ich debiutanckie dzieło zostało zatytułowane The Monolithic Cult of Death i wydane za sprawą kolaboracji Godz Ov War i Ancient Death Production dnia 18 października.
Deamonolith powstał na bazie warszawskiego, zasłużonego Gortal. Jego dwaj członkowie (Desecrate – perkusja, Major – gitara) po nieudanym wskrzeszeniu zawieszonego zespołu macierzystego postanowili zacząć pod nową nazwą, z nowymi muzykami. W ten sposób do składu trafili Lucas, Sunrise i Kobuch. Warto tu wspomnieć, że członkowie Deamonolith zdobywali (lub nadal zdobywają) swe doświadczenia w załogach takich jak Sarmat, Imperator, Sacriversum, Pandemonium, Symbolical, Lost Soul, Mortis Dei czy Pyorrhoea. Nie ma tu miejsca na lipę, jest zawodowo i profesjonalnie do bólu. Podstawowe instrumenty zostały nagrane w JNS Studio i tam również dokonano miksu i masteringu. Wokale Kobuch nagrał w bydgoskim Invent Sound Studio, a partie saksofonu zarejestrowano w miejscu prób zespołu. Brzmienie płyty wgniata, nie jest może przesadnie witalne, ale rodzaj muzyki granej przez zespół wymaga maksymalnie zbitej, masywnej produkcji i wszystko mi tutaj pod tym względem pasuje. Skomasowane kawałki atakują słuchacza bez pudła, a bogate w ilość ścieżek partie na całe szczęście nigdy nie stają się ścianą dźwięku. Podejrzewam, że sporo pracy wymagało utrzymanie tego żywiołu w ryzach, ale udało się.
Teraz o muzyce.
Trochę mi zajęło, nim uznałem, że jestem gotowy do napisania recenzji dla The Monolithic Cult of Death. Dziewiczy kontakt z tą muzyką pokazał, że album jest bardzo wymagający, złożony i zasypany dużą liczbą motywów. Nie chciałem podejść do niego po macoszemu, zdecydowałem, że dam sobie czas na jego poznanie i opłaciło się. Materiał zyskuje z czasem, wpuszcza słuchacza w siebie stopniowo. Nie jest to muzyka, jakiej słucha się gdzieś tam w tle, bez uwagi. Płyta wymaga skupienia, zaangażowania. Pewnie nie każdemu będzie się chciało jej poświęcić tyle uwagi, przez co może jej nie docenić, jego strata.
Jak się już przebić przez rozbudowane struktury, okazuje się, że jest to bardzo wdzięczny materiał. Zbudowany na soczystym, amerykańskim silniku spod znaku Florydy i Morbid Angel okresu Tuckera na wokalu i basie (porównanie także odnosi się do brzmienia niskich partii growlu Kobucha). Do masywnego, zdołowanego death metalu muzycy wrzucili trochę agresji znanej z Gortal, trochę black metalu, oraz cząstkę tego co nazywam polskim, klasycznym death metalem i co można usłyszeć na wczesnych płytach na przykład Hate, Vader czy Trauma. Brutalne wpływy dodatkowo wzbogacone zostały o atmosferyczne zwolnienia nadające fajnej przeciwwagi dla dusznego ataku. Nadmienić również należy, że porównania odnoszą się do poszczególnych partii, bo jako całość jest to jazda bez trzymanki, o której najłatwiej napisać po prostu „monolityczny death metal”.
Album powstał jako ponad półgodzinny koncept album, dla celów marketingowych został podzielony na 6 części, ale i tak najlepiej się go słucha w całości. Płycie daleko jest do przebojowości na przykład Crimson zespołu Edge of Sanity, lecz w swojej wadze gatunkowej jest dostatecznie przejrzysta i zapamiętywalna. Po kilku odsłuchach zauważa się już powtarzające się patterny, dzięki czemu da się czegoś „złapać”, co jest dużą zaletą. Wymagający proces z czasem nagradza, daje satysfakcję i jest gwarantem, iż płyta szybko się nie znudzi. Jest dla mnie niewiadomą, czy koncertowo zespół uniesie brzmienie tego co stworzył, ale mam nadzieję się przekonać. Liczę również na to, że nie będzie to projekt jednej płyty.
Ocena: 8.5/10
- Total Annihilation – „Mountains of Madness” (2026) - 25 lutego 2026
- Casket – „In the Long Run We Are All Dead” (2026) - 25 lutego 2026
- Final Gasp – „New Day Symptoms” (2026) - 24 lutego 2026

