Jakiś czas temu doszły mnie słuchy, że Death Denied pojawi się w mojej rodzinnej Ostródzie w styczniu w towarzystwie grup Messa i Materia w ramach promocji „We Are Materia„, które to jak wiecie oceniłem bardzo wysoko. Był to pierwszy tekst, który napisałem dla Kvlt Magazine, sporo czasu już minęło, zrządzenie losu sprawiło, że w łapy wpadło mi nowe dokonanie rock’n’rollowców na metalowych resorach, który to jest materiałem jeszcze starszym, bo z zeszłego roku. I mimo, że płytka swoje już odleżała, to warto jej się przyjrzeć bliżej, obecnie na scenie mamy zatrzęsienie zespołów i zespolików, które potrzebują solidnej promocji swoich bardzo dobrych przecież materiałów. DD hołdują wysokoprocentowym alkoholom, szlugom i zapewne lubią zawiesić oko na ładnej fance, a słuchając ich czadowania jestem zmuszony Wam donieść, że będzie ich coraz więcej, bo „Transfuse The Booze” to świetny i luzacki materiał. Trudno mi uwierzyć, że kapela pochodzi z miasta Comy i Cool Kids Of Death, Łódź nie jawi mi się jako zagłębie tego typu dźwięków. Ale dobra muzyka może przecież powstawać wszędzie więc to tylko taka moja mała dygresyjka.
W muzycznym kociołku DD miesza się southern rock/metal ze stoner rock/metalem. Za bardzo nie przestrzelę jeśli stwierdzę, że panowie lubią sobie posłuchać Down czy Motorhead. Panowie zadbali byśmy się nie nudzili, nie zasuwają na jedno kopyto, pierwszą perełkę można wyłapać już przy „rozdziewiczaniu” materiału, a jest nią stonowany, opatrzony także damskimi wokalami Tumbleweeds. Kawałki są proste i najlepiej wypadną na koncertach, w zadymionych klubach gdzie większość będzie się bujać dzierżąc piwko w łapie. A że w najmniejszym stopniu to nie są odkrywcze dźwięki? Cóż, nie muszą być, grunt to by się przy nich odstresować, pomachać banią, a potem… potem do nich wrócić, bo założę się, że znajdą się jednostki, których ten materiał uzależni na długi czas. Zresztą jak tu nie polubić panów, którzy już w pierwszym kawałku deklarują miłość do Jacka Danielsa, Jima Beama i Johnny’ego Walkera? A do tego wiedzą, że następnego dnia łeb może boleć i stąd jakże urocze The Morning After. Tych dwanaście zgrabnych kawałków powinno zadowolić niejedną rock’n’rollową duszyczkę, której nie straszne zapuścić długaśną brodę i wyhodować piwny brzuszek. Lub wdziać się w jakieś sexy ciuszek i nie stronić od drinka i fajek, tak jak mówiłem, ilość wzdychających pań do DD po tym materiale powinna wzrosnąć. Także stawiam tłustą ósemkę i życzę udanej trasy, pewnie będzie okazja przybić pionę na koncercie!
Ocena: 8/10

