Site icon KVLT

Deicide – „Banished by Sin” (2024)

Nowo powstała wytwórnia Reigning Phoenix Music wystartowała z bardzo wysokiego pułapu. W pierwszej kolejności pojawiło się info o premierze solowej płyty Kerry’ego Kinga, a potem Deicide. Ci drudzy zaplanowali premierę Banished by Sin na piątek 26 kwietnia i nie wątpię, że data ta wywołuje u maniaków silne dreszcze emocji.

Deicide to band, który od zawsze robił wokół siebie wiele zamieszania. Poczynając od brutalnego image’u, przez satanistyczne teksty, skandaliczne wypowiedzi muzyków i na bluźnierczych okładkach kończąc. Taki był ich sposób bycia i za to wszyscy ich pokochali. Z czasem zespół spoważniał, a największy antychryst metalu, Glen Benton z autodestrukcyjnego skandalisty przeobraził się w żartownisia i zgrywusa, który w swoich wypowiedziach ma problem złożyć zdanie pozbawione żartu. Nie bez znaczenia w historii zespołu jest głośny temat nagrywania płyt słabych z założenia dla wytwórni, z którą muzycy podpisali słaby kontrakt. Do dziś nie rozumiem tego postępowania bo nie dość, że Deicide ryzykowało utratą silnej pozycji na scenie, to najnormalniej okazali brak szacunku dla fanów, bo dla kogo, jak nie dla nich kapela istniała. Ogólnie można się spierać, czy te „słabe” albumy są aż takie słabe, dosyć uproszczona i bezpośrednia Insineratehymn jak dla mnie ma coś w sobie i słucham jej do dziś, a In Torment In Hell to nie wyżyny, ale chociaż czuć w niej styl florydzkich brutali. Krótko po tych albumach (i po dobrym Scars of the Crucifix) nastąpił rozpad składu, pierwszy w historii i bardzo znaczący. Zespół opuścili bracia Hoffman, ku niepocieszeniu wielu fanów, a Deicide stał się innym zespołem.

Jak widać po wieloletniej działalności „nowego” Deicide, fani zostali z zespołem, stawiając na Bentona i Asheima, oraz zmieniających się ludzi na stanowiskach gitarowych. Mamy już 2024 rok, a duet ciśnie bez skrupułów dalej i wraz z nowych kontraktem uderzył w media jak już długo mu się nie zdarzało. Każda wzmianka o nowym albumie rozbijała się szerokim echem na wszystkich możliwych metalowych frontach, obiecując album wyjątkowy i (oczywiście) najbardziej bluźnierczy. Jak jest w rzeczywistości?

Banished by Sin to niecałe czterdzieści minut metalu zamkniętego w dwunastu utworach. Płytę promowały kolejno Bury the Cross… With Your Christ i Sever the Tongue, które – patrząc na reakcje w mediach społecznościowych – chyba bardziej się spodobały niż nie. W moim przypadku tak kolorowo nie było.

Wgniotła mnie okładka… tak tandetnej Deicide nie miał jeszcze nigdy dotychczas. Nawet najmniej ciekawe płyty zawsze posiadały interesującą grafikę, a tutaj przerobiony na demona Benton kojarzy mi się z największym koszmarem, ale niestety nie piekielnym, tylko demonem kiczu. Ten obraz nie utrzymuje poziomu Once Upon the Cross czy Legion, mówiąc delikatnie, i w dodatku (nie tylko mi) kojarzy się z grafikami Kerry’ego Kinga. Mawiają jednak: „niech obroni się muzyka”, więc teraz o muzyce.

Album brzmi dobrze, od strony dźwiękowej jest pozytywnie, choć można by przyczepić się do trochę za „ładnych” bębnów Asheima, bo lubię jednak stawiać Deicide raczej po stronie staroszkolnego grania, a nie wypolerowanych nowości. Gitary z kolei brzmią bardzo klasycznie i słychać w nich styl zespołu. Słuchając płyty, kilka razy doszedłem także do wniosku, że nowa twarz kapeli nie napisała jeszcze nigdy tyle muzyki podobnej do staroci, co na tym krążku. Jest tu naprawdę cała masa riffów nawiązujących do klasyki, a partie solowe długo już nie były tak ciekawe. Nad wszystkim góruje obowiązkowo wokal Bentona, który w ostatnim czasie poświęcił swój bardzo wyrazisty growl na rzecz niższego, bulgoczącego. Wszystkie te elementy wskazywać powinny, że album jest dobry, że utrzymany w duchu najlepszych płyt i że w ogóle naj, no ale dla mnie taki nie jest. Brnąc przez płytę, nudzę się za każdym razem strasznie. Utwory są totalnie przewidywalne, zbudowane na podobnym patencie i zwyczajnie pozbawione polotu. Nawet najsilniejsze starania gitarzystów, ubrane w rytmy Asheima i wokale Bentona, stają się trywialne i niegodne loga zdobiącego okładkę płyty. Asheim prawie wszędzie rypie na dwie stopy, Benton drze japę pod gitary, a ja ziewam. Nie ma tu ani grama finezji, chęci podkręcenia swych umiejętności przełamaniem schematu czy najzwyklejszego urozmaicenia, dzięki któremu słuchacz się nie zmęczy tłuczeniem w kółko trzech patentów. I jak lubię prymitywne granie, tak Deicide było wręcz zawsze czymś więcej, było żywiołem, czystą agresją i obrazą wszystkich świętości. Banished by Sin w swej skorupie ogranych patentów to płyta, jaką mogłaby nagrać kapela trzecioligowa, pozbawiona bogatej historii i niebędąca legendą death metalu lat 90. Jestem zawiedziony i wręcz zażenowany faktem, że tak nijaki album stanie się kolejnym w dyskografii zespołu, który stworzył takie kamienie milowe, jak debiut czy Legion. Nie chcę i nie będę już go słuchał, dosyć zadowalania się średniakami.

Daję dwa punkty dla gitarzystów bo nie wątpię, że się starali.

Ocena: 2/10

Deicide na Facebook’u.

Exit mobile version