W czerwcu tego roku odbyła się premiera Epki zespołu Double Fist, noszącej tytuł Face the Fear. Zespół pochodzi z Żywca i ma za sobą rejestrację pełnej płyty i kilku singli. Face the Fear został nagrany, wyprodukowany i wydany przez zespół, a więc mamy do czynienia z produktem rodzaju pełnego DIY.
Zespól niezbyt dobrze mi się przedstawił. Nie znałem nazwy wcześniej, a otwierając paczkę z płytą, znalazłem także zespołowe zdjęcie z autografami… Panowie, ja rozumiem, że takie gadżety to dla fanów fajna sprawa, ale na rozdawanie ich trzeba sobie zapracować. Nagranie Epki domowym sposobem i wrzucenie klipów na YouTube to jeszcze trochę mało, by móc startować z pozycji fame’ów. Praca, praca, i jeszcze raz praca, a jak stwierdzicie, że się napracowaliście, to podwinąć rękawy i zabrać się do… pracy, by zbudować dobry wizerunek zespołu, nagrać miażdżący materiał, a przede wszystkim móc grać koncerty (bo z tego, co widzę, skład pozbawiony jest nadal basisty).
OK, zapominamy o wpadce z autografami i bierzemy się za muzykę, a tu wpadamy w kolejny poślizg. Do czterech z pięciu nagrań zespól postanowił nakręcić lepsze lub gorsze klipy, co znowu mi podpada pod dużą przesadę. Przedstawić się oczywiście należy, ale czy nie lepiej energię rozłożyć w inny sposób? Nawet duże zespoły nie nagrywają tylu obrazków do pełnych albumów, a tu pyk – cztery/piąte Epki. Zwątpienie rozłożyło mi ręce.
OK, zapominamy o YouTube.
Włączam płytę, zaczyna się miarowym rytmem, któremu towarzyszy gitara basowa – bez dramatu. Dołącza reszta i utrzymuje poziom. Double Fist celuje w rejony siłowego, zmetalizowanego hardcore, który kojarzyć się może z Hatebreed czy Rise of the Northstar, czyli odmiany HC, gdzie gitary grają dużo pustych dźwięków do miarowych rytmów i gdzie energia ma zastąpić finezję. Powiem szczerze, że gdyby nie wtopy z lekko wybujałym ego, może i odebrałbym ten materiał lepiej, ale wsłuchując się po tym wszystkim, stwierdziłem, że jest może nie słaba, ale na pewno nie bardzo dobra. Utwory wydają się lekko jednostajne i ociężałe, warto by podkręcić pałkerowi delikatnie metronom, by potem przy okazji nagrań kompozycje nie siadły. Jestem wręcz pewny, że te same kawałki grane na żywo nie sprawiają już wrażenia ociężałych.
O ile utwory jestem w stanie ocenić jako dobre/znośne, o tyle mam problem z wokalistą Michałem Bachrijem, którego głos potrzebuje jeszcze ładnych paru roboczogodzin, by się zedrzeć i nie brzmieć jakby przy każdym słowie musiał walczyć o oddech i przester. Na domiar złego, Michał ma spore problemy z akcentem w angielskim i dla kogoś kto zwraca na takie detale uwagę wszystkie „Aj emy”, „Aj noły” i tym podobne są bolesne.
Moje przemyślenia podsumuję jednym krótkim zdaniem: najpierw praca, a potem autografy.
Ocena: 3/10
- Temple of Void – „The Crawl” (2026) - 11 marca 2026
- Exodus – „Goliath” (2026) - 10 marca 2026
- Insidius – „Vulgus Illustrata” (2026) - 3 marca 2026

