Jeżeli dobrze policzyłem, to Reborn jest już piętnastym albumem węgierskiego Ektomorf. Uważam ten band za jeden z ciężej pracujących na scenie – dowodzony przez Zoltana Farkasa istnieje od 1993 roku i bez większych przerw cały czas prze naprzód. Nowy album wydany został z logiem Napalm Records w styczniu tego roku, a nagrania zrealizowano dwa lata temu pod czujnym okiem Tue Madsena w Ant Farm Studios i nie muszę chyba wspominać, że efekt końcowy po raz kolejny wgniata w ziemię. Ektomorf od początku lat 00. dostarcza nam morderczo brzmiące krążki i kiedy zaczynam myśleć, że nie da się już któregoś przebić, dostaję w gębę następnym. Zoltan z kolegami tym razem zafundowali nam obniżenie stroju dzięki skomponowaniu albumu na ośmiostrunowych gitarach. Jestem pod wielkim wrażeniem, że z tak obniżonym soundem udało się zespołowi utrzymać klarowność i shreddowy charakter gitar. Riffy spod palców gitarzystów tną i wgniatają w ziemię, zostawiając po sobie same zgliszcza. Najlepszym z utworów do sprawdzenia tej sonicznej przemocy w moim uznaniu jest And the Dead Will Walk, w którym nie licząc zwrotek, mamy do czynienia z mega ciężarnym walcem. Reborn na pewno jest jednym z albumów, który można odpowiednio docenić, odtwarzając go na dobrym sprzęcie. Tyle o brzmieniu.
Na charakter samej muzyki naprowadza już oprawa graficzna, która jest mocno zainspirowana okładką singla zespołu Metallica Jump In the Fire. Zoltan jak widać poprowadził jej twórców (Andrew Krasnoff, Brigitta Kis) w kierunku, w jakim poszła muzyka i nie odciął się od swoich inspiracji. Na Reborn słychać wiele odnośników do muzyki starej Metalliki z naciskiem na …And Justice For All. Słychać to choćby w tytułowym Reborn, na wstępie Where the Hate Conceives czy w pozbawionym wokalu Forsaken, który w moim uznaniu jest kompletnym hołdem dla muzyki thrasherów z Bay Area. Oprócz wpływów Mety mamy jak zwykle do czynienia z silnie groovowym materiałem, przesiąkniętym Maxem Cavalerą i Robbem Flynnem. Kawałki lecą na łeb na szyję, a całość oplatają rozpoznawalne wokale lidera zespołu. Jego teksty tradycyjnie należą do bezpośrednich i lekko pachnących kiczem, ale wychodzę z założenia, że tak tu musi być i w innej oprawie lirycznej Ektomorf przestałby być sobą.
Próżno również szukać na Reborn jakichś głębszych treści muzycznych, kompozycje powstały po to, by niszczyć nas w domach, a przede wszystkim na koncertach. Ich budowa jest naturalna, nieprzekombinowana i bardzo nośna. W moim przypadku album potrzebował chwilę, by do mnie w pełni przemówić, może dlatego, że podszedłem do niego bez przekonania, z założeniem, że nie da się przebić poprzednika (Fury). W istocie w moim rankingu Reborn Fury nie przebił, ale spodobał mi się znacznie bardziej niż się spodziewałem po pierwszym kontakcie. Odrodzony jest energetycznym, łamiącym kości ładunkiem nowoczesnego groove’n’thrashu, zakorzenionym w amerykańskiej klasyce. Do tych, którzy tęsknią za Sepulturą z czasów Chaos A.D czy thrashową Metallicą, nowa propozycja Ektomorf ma szansę przemówić.
Ocena: 7/10
- Exhumed – „Red Asphalt” (2026) - 18 lutego 2026
- Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025) - 8 lutego 2026
- Creeping Fear – „Realm of the Impaled” (2025) - 8 lutego 2026
Tagi: 2021, Ektomorf, groove metal, Napalm Records, Reborn, recenzja, review, thrash metal.






