Stało się, Exodus nagrał kolejny album. Po pięciu latach, jakie minęły od wydania Persona Non Grata, dostaniemy Goliatha, którego premiera została przewidziana na 20 marca. Płytę tę miałem okazję odsłuchać przedpremierowo dzięki uprzejmości Napalm Records, a doznaniami podzielę się poniżej.
Nie wiem jak Wam, ale mi się już znudziły dramy związane ze zmianami wokalistów w Exodus i nie będę tu tego komentować. Faktem jest, że do składu wrócił Rob Dukes, który wcześniej nagrał wokale na Shovel Headed Kill Machine w 2005 roku i miałem okazję widzieć band z nim w składzie na żywo. Teraz znowu jest „nowym” wokalistą, który musi posprzątać po Zetro.
Płyta została wyprodukowana przez muzyków zespołu i zmiksowana przez Marka Lewisa, znanego ze współpracy na przykład z Nile czy Whitechapel, więc można by się spodziewać potężnej produkcji. Nic bardziej mylnego, płyta brzmi plastikowo i w moim uznaniu jest pozbawiona agresji. Jest to produkcja, którą mógłbym nazwać dobrą w kontekście znacznie mniejszych zespołów. Od legend Bay Area thrash wymagam więcej i na tym polu Goliath okazał się mizernym hobbitem, a nie niszczycielskim olbrzymem. Szkoda.
W aspekcie muzycznym chciałem by mnie ten album zaorał kompletnie. Na wieść o premierze podjarałem się silnie i stwierdziłem, że jest to czas, by Exodus nagrał coś, co zmiażdży. Pierwszy singiel 3111 spełnił swoją rolę połowicznie. Długi wstęp, długa końcówka i bardzo mało treści pomiędzy. Do tego riff prowadzący brzmiący jak chęć pokazania Kerry’emu Kingowi, że Holt też potrafi tworzyć pod Slayer. Brzmi to trochę jak gorzkie żale, bo jednak Kerry nigdy do komponowania go nie dopuścił. Ostatecznie daje to znośny kawałek, Dukes robi tu dobrą robotę, ale daleko temu utworowi do zniszczenia całego świata metalu. Natomiast drugi singiel, tytułowy Goliath, podzielił fanów. Mi przypadł do gustu, wolny, apokaliptyczny i pełen gniewu. Mało „exodusowy”, ale dobry. Jednak takich jak ja okazało się niewielu i czytałem wiele niepochlebnych komentarzy na jego temat. Wszystko to spowodowało, że bardzo zaciekawiła mnie całość.
Pierwszy odsłuch wprowadził mnie w konsternację. Musiałem sprawdzić jeszcze raz, czy słucham w odpowiedniej kolejności i okazało, się że tak. Trzy rozpoczynające płytę utwory posiadają bardzo długie wstępy… nie tego się można spodziewać po albumie thrash metalowym. Oczekuje się ataku i skomasowanej dawki energii, a dostajemy trzy intra sklejone ze znośnymi utworami, aczkolwiek te pauzy bardzo wybijają z rytmu. Do tego słaby i melodyjny refren w Changing Me nie powinien się wydarzyć. Trochę lepiej wchodzi umiarkowanie ciężki, ale thrashowy Promise You This, po którym pojawia się kolejne zwolnienie w postaci utworu tytułowego. Znowu buła, ten utwór byłby dobrym zamykaczem, ale w sytuacji, w której brakuje energii od samego początku, staje się zamulaczem.
Ożywienie pojawia się z atakiem pod numerem sześć, noszącym tytuł Beyond the Event Horizon, który może i brzmi jak utwór z Repentless Slayera, ale jest całkiem zajebisty i kosi. Widziałbym go jako numer dwa, ale pewnie w bliskości z 3111 za dużo ludzi mogłoby połączyć zbieżność klimatu. Nie zmienia to faktu, że jest to jeden z jaśniejszych momentów płyty. Szybkie zwrotki, ciężki środek. Tak się robi thrash metal. Następujący po nim 2 Minutes Hate brzmi jak z Tempo of the Damned, Dukes śpiewa tu mocno pod Zetro, ale jest całkiem dobrze. Gdyby był to pierwszy singiel, ludzie by nie marudzili i ze wszystkich stron lałby się entuzjazm. Prosty riff, fajna dynamika, przebojowe wokale.
Po dwóch fajnych songach pojawia się Violence Works, który uważam za najsłabszy na płycie. Dziwny, lajtowy wstęp, niepasujący kompletnie do zespołu, zniechęca, a potem nie dzieje się ani trochę lepiej. Bez tej kompozycji album byłby lepszy. Dwa zamykające stawkę utwory sprzątają bałagan bez pudła. Wolniejszy Summon of the God Unknown i szybki The Dirtiest of the Dozen są bardzo thrashowe, godne loga Exodus i nazwania ich bardzo dobrymi. Gdyby załodze udało się utrzymać się taki poziom na całym albumie, dostalibyśmy naprawdę mocny krążek.
Jakie są wnioski ostateczne? Nie jestem zachwycony, jestem zawiedziony. Mizerna produkcja i bardzo dziwny układ utworów w trakcliście skutecznie mnie zniechęcił. Dodajmy do tego ogólny, niewybitny charakter kompozycji i zostajemy z płytą bardzo średnią.
Ocena: 5/10
- Temple of Void – „The Crawl” (2026) - 11 marca 2026
- Exodus – „Goliath” (2026) - 10 marca 2026
- Insidius – „Vulgus Illustrata” (2026) - 3 marca 2026

