Site icon KVLT

Frozen Hope – „Ice Queen” (2015)

Muzycy zazwyczaj nie próżnują i szukają wciąż nowych muzycznych dróg, inspiracji, udzielając się niejednokrotnie w kilku zespołach/projektach. Do takich osób należy Wojtek Karmański (Epicor, Alpha Zero), który stoi za swoim solowym przedsięwzięciem pod szyldem Frozen Hope. Premiera debiutanckiego albumu miała miejsce już w ubiegłym roku, pod koniec stycznia została udostępniona w całości na YouTube.

Zgodnie z informacjami jakie udało mi się odnaleźć w czeluściach Internetu, Ice Queen, a szczególnie trzy pierwsze utwory, zostały zainspirowane baśnią Christiana Andersena. Jako muzyczne wpływy zostały podane takie zespoły jak: Devilish Impressions, Vesania, Hate, Behemoth. Z czego moje ucho wychwytuje, że z tych czterech bandów, to wydawnictwo stylistycznie najbardziej kieruje się w stronę właśnie Devilish Impressions.

Co więc Ice Queen ma nam do zaoferowania? Niecałe półgodziny grania plasującego się niejednoznacznie pomiędzy black a death metalem z tłem insynuującym trochę gotycki klimat. Cóż… Całości słucha się dość przyjemnie, aczkolwiek problemem jest to, że poszczególne utwory są do siebie podobne. Powtarzalne riffy i nikłe zmiany tempa, motywów muzycznych. Z drugiej strony przekłada się to mocno na melodyjność kompozycji i lekką przebojowość (w żadnym wypadku nie mam tutaj na myśli radiowego charakteru!).

Główną rolę odgrywają gęste gitarowe riffy, niektóre ocierające się minimalnie o doom metal – chociażby w końcówce Valley Of Ruins. Całkiem dobrze pod tym względem prezentuje się też intro do Raven Wings, aż chciałoby się, żeby instrumentarium nie przyspieszało, a utwór poszedł w zupełnie innym kierunku. Przeskakując do gotyckich elementów na Ice Queen, poza tłem – samplami, za które odpowiedzialny jest Maksym z Epicor – napotkamy też żeńskie wokale w kawałku otwierającym Remains i zamykającym album Raven Wings. W pierwszym przypadku nadają faktycznie tej nieco baśniowej atmosfery, dzięki temu, że osadzone są w wysokich rejestrach. Niestety, w drugim z przytoczonych utworów, nie wszystko jakby się w pełni zgrywało, szczególnie w końcówkach wersów.

Jeżeli mam pobawić się w typowanie faworyta z Ice Queen, to jest nim bezapelacyjnie The Gate. Najwolniejszy, najbardziej emocjonalny, z wokalem opartym na rozpaczliwej recytacji, niskim growlu i black metalowych screamach. I jest to utwór, który bezsprzecznie wyróżnia się spośród pozostałych. Szkoda, że trwa tylko 3 minuty, bo aż brakuje jego większego rozwinięcia.

Nie można stwierdzić, że Ice Queen jest jednoznacznie słabym albumem. Jego największą wadą jest ewidentny brak urozmaicenia. Może brakuje też pójścia trochę bardziej w ten baśniowy klimat. Muzycznie nie brakuje jednak mroźności jak na Królową Śniegu przystało. Trochę więcej bezwzględności i byłoby niemalże idealnie.

Ta muzyka jednym się spodoba, bo są fanami prostoty, melodyjność i jednocześnie ciężaru. Bardziej wymagający odbiorcy raczej sceptycznie odbiorą materiał w albumu. A ja pozostanę pomiędzy obydwiema grupami, ze swoją sympatią do kawałka The Gates.

Ocena: 5,5/10

Latest posts by Marta (Kometa) (see all)
Exit mobile version