Znów mam na tapecie kolejnego bękarta, wyplutego z trzewi francuskiego black metalowego undergroundu. Furfur to jednoosobowy projekt, aktywny od dwóch lat. Właściwie można powiedzieć, że ta aktywność od razu przybrała formę twórczej biegunki, bo ledwie kilkanaście miesięcy wystarczyło, by stworzyć trzy pełne płyty i dziesięć mniejszych wydawnictw. Thamuz jest pierwszym pełnym albumem osobnika o pseudonimie Berith, i jest ni mniej ni więcej, jak trzydziestominutowym zapisem kakofonicznego szału, próbującego udawać twórczość.
To właściwie antymuzyka. Automat perkusyjny wali niczym naćpana małpa w pień drzewa – bez rytmu, bez ładu i składu, bez żadnego porządku. Gitary robią, co chcą – brzęczą niczym rój wściekłych szerszeni, ewentualnie redukują się do granych na pojedynczej strunie motywów, pozbawionych jakichkolwiek melodii, sensu i ogólnego charakteru. Wokal pojawia się rzadko, a jeśli już to skrzeczy jak dławiąca się ziarnem wrona. Oczywiście bez żadnej myśli przewodniej, żadnego konceptu, zupełnie obok warstwy instrumentalnej. Utwory krótkie, z reguły nieprzekraczające trzech minut, zakotwiczone w średnio-szybkim tempie, osadzone na czymś, co próbuje przypominać tremolowe riffy. Całe szczęście, że Furfur rzadko sięga po opętane galopady, bo wystarczy posłuchać Crypt, by głowa pękła od opętanego stuku, któremu bliżej do jakiegoś uszkodzonego mechanizmu niż do perkusji. Jedynie Putrefied By Fear próbuje przypominać coś na kształt normalnego utworu, ale bardziej wygląda na przypadkowy błąd w sztuce, niż na zwartą kompozycję.
Nastawiłem się na dawkę surowizny i prostoty, nawet prymitywizmu, który niósł by ze sobą chociaż cień sentymentu do tego, co działo się na południu Francji w połowie lat 90. Dostałem po pysku ścierą zabrudzoną wyschniętymi fekaliami. Jeśli ktoś oczekuje od black metalu coraz większej prostoty, zredukowanej do kilku dźwięków, niosącej w sobie pokłady chamstwa i muzycznego cofania się w rozwoju, to powinien być usatysfakcjonowany. W tych kategoriach Furfur osiągnął poziom rodem z epoki kamienia łupanego i zasługuje na wysokie noty. Ale wątpię, czy znajdzie się chociaż pięćdziesiąt osób (do tylu sztuk limitowana jest wersja CD), które przebrną przez album bez bólu głowy i zębów.
Ocena: 2/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022

