Od momentu styczniowej zapowiedzi piątego albumu Ghost wiedziałem, że kolejne dwa miesiące będą mi się strasznie dłużyć. Moja droga do zostania fanem zespołu Tobiasa Forge’a wyglądała jak sztampowy scenariusz komedii romantycznej – od niechęci (Opus Eponymous), przez nagłe i niespodziewane zauroczenie, które zbiegło się z wyciągnięciem z tyłka kija z napisem „TRV” (Infestissumam), aż po miłość absolutną (Meliora, Prequelle). Nie mogłem się więc doczekać tego, co spłodziła ekipa złożona tym razem z Papy Emeritusa IV oraz jego bandy Bezimiennych Ghouli. Do odsłuchu Impery zasiadałem jednak z lekkimi obawami – wprawdzie promujące album Hunter’s Moon i Call Me Little Sunshine po n-tej liczbie odsłuchów weszły mi do głowy razem z drzwiami i framugą, jednak utwór Twenties wzbudził lekki niepokój, że Szwedzi tym razem przeszarżowali.
Obawy te zostały rozwiane po kilku odsłuchach krążka. Forge ponownie udowodnił, że nie ma sobie równych jeśli chodzi o tworzenie chwytliwych numerów, które razem z nim śpiewać będą całe areny. W momentach, w których zespół nie odbiega za bardzo od tego, do czego zdążył na przestrzeni ostatnich lat przyzwyczaić fanów (czyli niesamowicie przebojowego hard rocka, tu ocierającego się o heavy metal, a ówdzie wręcz o pop rock), Impera spisuje się po prostu doskonale. Pierwsza połowa nowego albumu to dokładnie to, co fani zespołu znają i kochają – od krótkiego, lecz ładnego, podniosłego intra (Imperium), przez niesamowicie energetyczny i uzależniający otwieracz (Kaisarion), nieco teatralny Spillways, klasycznie „ghostowe” single, aż po RE-WE-LA-CYJ-NY i napędzany najcięższym na Imperze riffem Watcher in the Sky, wyciągnięty chyba żywcem z playlisty „80’s hard rock”. Innowacji nie uświadczycie tutaj za wiele, jednak wciąż żre to tak dobrze, że ani myślę narzekać. Są tu progresywne zagrywki w stylu Rush, słychać również echa Queen, Boston, Deep Purple czy innych gigantów tego rodzaju grania, a przy tym wszystko zostało skąpane w niepowtarzalnym sosie, dzięki któremu nie sposób pomylić tych utworów z innym zespołem niż Ghost. Do tego te refreny… po prostu majstersztyk!
Nadejście odbiegających od tej normy kawałków zwiastuje pierwszy z instrumentalnych przerywników, Dominion. Do następującego po nim Twenties przez długi czas nie mogłem się przekonać, a myśl, że tym razem formacja przekombinowała i umieściła na Imperze utwór po prostu „asłuchalny”, początkowo wygrywała. Z czasem udało mi się jednak w tej zwariowanej kompozycji odnaleźć pozytywne elementy – czyli warstwę instrumentalną i momentami podniosły klimat – niemniej za sprawą dyskusyjnych zabiegów wokalnych oraz słabego refrenu numer ten jest moim zdaniem jednym z gorszych nagranych przez Ghost. Kolejną niespodzianką okazał się kawałek Darkness at the Heart of My Love, a to dlatego, że choć Forge zawsze potrafił komponować piękne ballady, to jednak ta jest po prostu nieciekawa i stała się pierwszym utworem tej formacji, który często po prostu pomijam przy odsłuchu. Na szczęście Impera wróciła na właściwe tory wraz z chwytliwym, pop-rockowym Griftwood (przedrefren oraz refren po prostu wymiatają), aż w końcu uderzyła prawdziwą bombą. Respite on the Spitalfields to chyba najpiękniejszy utwór w katalogu Ghost. Inspirowany historią Kuby Rozpruwacza numer ma monumentalny klimat, wspaniale zaśpiewane zwrotki, doskonałą solówkę oraz przepiękny, chwytający za serce refren. Ponadto ostatnia jego minuta wraz z otwierającym krążek Imperium tworzą klamrę kompozycyjną, pięknie spinającą piąty album zespołu. Respite… w pełni wynagradza trudy oczekiwania na ten krążek i stanowi jego zdecydowanie najjaśniejszy punkt; już nie mogę się doczekać, aż usłyszę go na żywo.
Jak więc widzicie, Impera to kolejne udane dzieło Tobiasa Forge’a i jego kompanów. Niestety, obok rewelacyjnych piosenek nie zabrakło numerów, którym nie udało się doskoczyć do standardów zespołu. To jednak mała łyżka dziegciu w tej beczce miodu, jaką jest piąty długograj Ghost. Pełnego nośnych refrenów, hołdujących klasyce riffów oraz błyskawicznie zagnieżdżających się pod czaszką melodii krążka słucha się z niesamowitą frajdą i nie wyobrażam sobie, aby któregoś z fanów kapeli to wydawnictwo nie zadowoliło. Hejterów na pewno do zmiany zdania nie przekona, jednak nie sądzę aby lider i mózg tego projektu był w jakikolwiek sposób zainteresowany nawracaniem ich. Bo i po co?
Ocena: 8/10
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
- SaintSombre – „Earth/Dust” (2024) - 12 stycznia 2026
Tagi: 2022, AOR, ghost, Hard Rock, Impera, Loma Vista Recordings, pop-rock, recenzja, review, Universal Music Polska.






