Greta Van Fleet – „Starcatcher” (2023)

Jakie macie skojarzenia z Gretą Van Fleet? Ja na przykład, myśląc o zespole braci Kiszków, widzę przed oczami młodych, niewątpliwie utalentowanych chłopaków, którzy dobrowolnie wybrali bycie nieszczególnie oryginalną kalką Led Zeppelin. Dodam, że całkiem słuchalną, choć moja dotychczasowa krótka przygoda z zespołem zaczyna się i kończy na EP-ce From the Fires. Od tamtego czasu ilość hejtu, jaka zdążyła spaść na Amerykanów, pewnie przygniotłaby niejeden zespół. Oni tymczasem grają dalej, a w ubiegłym miesiącu wypuścili Starcatcher, czyli już trzeci pełny album, który otrzymałem od polskiego oddziału Universal Music.

Od premiery wspomnianego przeze mnie minialbumu minęło sześć lat i trudno nie zauważyć, że panowie etap całkowitej zrzynki z Led Zeppelin mają już za sobą. Brytyjczycy są na Starcatcher wciąż główną inspiracją, jednak choć ich echa pobrzmiewają nie tylko w wokalu Joshuy Kiszki (ba, znajdziemy tu nawet riff bliźniaczo podobny do fragmentu z Over the Hills and Far Away), to w porównaniu z początkowym okresem działalności GVF słychać tutaj o wiele więcej wpływów – chociażby złotą erę Deep Purple oraz Kanadyjczyków z Rush. Jest też bardziej progresywnie, możemy więc mówić o pewnej ewolucji, choć oczywiście mieszczącej się w obranej przed laty przez kwartet ścieżce.

Kwestia odbioru albumu Starcatcher, podobnie zresztą jak w przypadku poprzednich wydawnictw Grety Van Fleet, polega głównie na stosunku słuchacza do tej muzycznej podróży w lata siedemdziesiąte. Jeśli uważacie taką twórczość za pozbawioną sensu, to trzymajcie się od Grety z daleka, tak jak zapewne robiliście to dotąd – nowa płyta Amerykanów w żaden sposób nie zmieni Waszego stanowiska. Jeśli jednak ten całkowity brak oryginalności Wam nie przeszkadza, możecie bawić się całkiem dobrze. Początek albumu w postaci Fate of the Faithful, Waited All Your Life, The Falling Sky oraz Sacred the Thread jest bardzo udany i jak na dłoni widać, że w całym tym zapatrzeniu na hardrockowych klasyków zespół nie zdołał stracić ręki do pisania chwytliwych numerów. Bardzo przyjemnie wypadają też Frozen Light i Meeting the Master. Pozostałe kompozycje, czyli The Indigo Streak, The Archer oraz Farewell For Now, na tle tych wcześniej wymienionych wypadają dość nijako i słuchanie ich po prostu mnie nudziło. Dobroci jest jednak na Starcatcher wystarczająco dużo, aby dobrze się przy tym krążku bawić. Jak już jednak wspomniałem, główny znak zapytania w przypadku tego zespołu stoi przy podejściu słuchacza.

Czy Starcatcher zrobił ze mnie fana Grety Van Fleet? Nie, ale nie sprawił też, że dołączyłem do grona hejterów. Fakt, że ci młodzi goście grają hard rocka w stylu retro, nie kryjąc się przy tym ze swoimi inspiracjami, nie przeszkadza mi, podobnie jak ich popularność, będąca dla wielu wrzodem na tyłku. Niech grają – na swojej nowej płycie robią to całkiem dobrze i dostarczają kilku bardzo przyjemnych i chwytliwych numerów. Dostałem więc to, czego się spodziewałem, podane odrobinę inaczej niż kilka lat temu i – prawdę powiedziawszy – nie wiem, czy mogłem wymagać od tej formacji czegoś więcej.

Ocena: 7/10

Greta van Fleet na Facebooku

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .