Długie siedem lat musiało upłynąć, byśmy mogli otrzymać nowe dzieło amerykańskich promotorów śmierci z Gruesome noszące tytuł Silent Echoes. Dzieło to miało swą premierę niedawno, bo 6 czerwca, zaś jego wydawcą jest Relapse Records.
Nim przesłuchałem pełen album, obejrzałem dwa filmy z gatunku „making of” na kanale wytwórni (polecam). Dało mi to duży pogląd na to, w jakim klimacie powstawała płyta, a mój apetyt został zaostrzony. Zespół miał długą przerwę wydawniczą – jak się okazało, było to spowodowane kilkoma nieudanymi podejściami do tworzenia nowego materiału, śmiercią dobrego przyjaciela perkusisty zespołu Gusa Riosa, którym był sam Sean Reinert, czyli muzyk, który nagrał partie perkusji na Human zespołu Death. Rios przygotowywał się do realizacji materiału we współpracy z Reinertem. Przedwczesna śmierć Reinerta wybiła na długi czas Riosa z równowagi, ale gdy przepracował żałobę niezwłocznie zwołał resztę zespołu i rozpoczęto prace. Ambicje związane z albumem muzycy mieli spore, bo postanowili uczcić zmarłego poprzez stworzenie albumu w klimacie Human, co jak się można domyślać, nie było łatwe. Powaga sytuacji na szczęście działała na artystów mobilizująco i praca szła sprawnie. Muzykiem niosącym główny ciężar twórczy Silent Echoes był gitarzysta Daniel Gonzales. On miał ambicje, by wejść w ten bardzo techniczny i progresywny świat, przekonując do tego lidera Matta Harveya (Harvey zdecydowanie bardziej gustuje w początkach Death). Gdy już cały skład był na pokładzie, do lotu w stronę Human „zmuszono” producenta Jarretta Pritcharda, który miał odtworzyć warunki panujące w studio podczas nagrywania wiekopomnego dzieła. Założeniem było nagranie płyty nie tyle brzmiącej jak Human, ale nagranej w podobnych warunkach, aby przenieść się mentalnie i sprzętowo do tamtego miejsca. Nie wiem, jak muzycy czuli się nagrywając album, ale oceniając brzmienie należy przyznać, że wiele elementów zagrało jak należy i ciężko sobie wyobrazić materiał, który bez bezczelnego zrzynania mógłby godnie tak silnie nawiązywać do dzieł Schuldinera.
Silent Echoes przesłuchałem kilkanaście razy, starając się jak najbardziej wgryźć w jego klimat i struktury. Bez dwóch zdań jest to bezpośredni hołd dla Death. To już słychać od pierwszych sekund otwierającego Condemned Identity. Muzycy zrobili wszystko, by zachować ducha Schuldinera jednocześnie tworząc nowe utwory, które nie są kopiami jego muzyki. Dlatego nie jestem w stanie napisać zdania w stylu „Silent Echoes to album Death, którego Schuldiner nigdy nie nagrał”. Gruesome nagrało swój album, dla mnie to nie podlega dyskusji. Jest to band złożony z doświadczonych muzyków i nawet jeżeli od wielu lat ich kariera kręci się wokół hołdu dla Chucka, to ich silne osobowości odciskają na muzyce silne piętno. Na nieco ponad pół godziny płyta zabiera słuchacza w świat Gruesome, czyli technicznej, wysublimowanej deathmetalowej sztuki. Mimo że muzycy skupili się na klimacie Human, w moim uznaniu słychać tu ciągoty w kierunku surowszej Spiritual Healing i agresywnej Individual Thought Patterns. Czyni to album na pewno ciekawszym i bardziej wielopoziomowym, a także agresywniejszym. Duża ilość melodyjnych solówek Gonzalesa i progowych zagrywek w stylu Masvidala nie jest w stanie w pełni złagodzić dwustopowego, dosyć brutalnego kręgosłupa całości. Takie utwory jak Shards czy A Darkened Window to dobre przykłady do podtrzymania mojej tezy. Są szybkie, dynamiczne, skupione bardziej na agresywnej twarzy Chucka niż na jego ciągotkach do melodii. Najbardziej progresywnym odlotem na albumie jest pozbawiony wokali Voice Within the Void (Astral Oceans). Zdecydowanie podkręcono go w stronę wizji metalu Masvidala, ale i tak nie jest całkowicie pozbawiony gęstych zagrywek.
Muzyczną całość płyty pieczętuje wokal Harveya, który starał się zbliżyć do tego, co Chuck nagrał na Human. Na pewno nie była to łatwa sztuka, ale trzeba przyznać, że robotę wykonał wzorowo. Wokale nagrywał w przerwach trasy Left To Die, co pewnie pomogło we wczuciu się w klimat.
Silent Echoes polecam nie tylko fanom zespołu Death, bo Gruesome to już marka sama w sobie. Zespół się rozwija, kroczy naprzód jednocześnie na bazie inspiracji tworzy swój styl. Bez Death nie byłoby Gruesome, ale Gruesome jak dla mnie to nie tylko Death. Ważne jest to, że artyści tworzą w hołdzie zmarłemu Schuldinerowi i Reinertowi, jednocześnie nie depcząc, kopiując czy ośmieszając ich spuścizny muzycznej. Dla mnie jest to hołd pełen szacunku, miłości i szczerości.
Ocena: 9/10
- Temple of Void – „The Crawl” (2026) - 11 marca 2026
- Exodus – „Goliath” (2026) - 10 marca 2026
- Insidius – „Vulgus Illustrata” (2026) - 3 marca 2026
Tagi: 2025, death metal, gruesome, prog death metal, recenzja, Relapse Records, review, Silent Echoes.






