Jak na skalę popularności austriackiego Harakiri For The Sky, ich najnowszy krążek Mære zdaje się przechodzić bez większego echa, a jeśli już jakieś opinie o nim docierały, to zazwyczaj nie napawały optymizmem. Wiedziony moim brakiem instynktu samozachowawczego postanowiłem sprawdzić tego podzielonego na dwie płyty, blisko półtoragodzinnego kolosa. Po stoczeniu zażartych bojów z nowym wydawnictwem HFTS mogę w zasadzie podpisać się pod tymi krytycznymi opiniami, lecz nie bez zawahania.
Wydaje się, że ambicją zespołu podczas tworzenia Mære było przebicie wydanej przed pięcioma laty Traumy, uznawanej przez wielu za szczytowe dokonanie Austriaków. Udało się to na pewno w kwestii długości, gdyż nowa propozycja duetu (przynajmniej w teorii) to ich najdłuższy jak do tej pory krążek. Cóż jednak z tego, skoro za tą długością przez większość czasu nie idzie jakość. Owszem, Mære ma swoje momenty, przede wszystkim rewelacyjny Sing For the Damage We’ve Done z gościnnym udziałem Neige’a z Alcest, bardzo dobry And Oceans Between Us oraz również pozostawiające dobre wrażenie Us Against December Skies oraz Time Is a Ghost. Oczywistą oczywistością są świetne partie perkusyjne Krimha, brzmieniowo również mamy do czynienia z pełnym profesjonalizmem, co dziwić w przypadku tego zespołu nie może. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że nie ma na tym albumie utworów złych, a może i nawet przeciętnych – analizując je z osobna, każdy daje radę i budzi jedynie mniejsze lub większe uznanie, podobać mogą się też poszczególne melodie, które zespół zaimplementował w utworach. Dlaczego więc nie jestem do końca przekonany do całości?
Ano przez dynamikę, a raczej jej brak. Przeważająca większość utworów wchodzących w skład Mære jest przez znaczny procent czasu utrzymana w podobnym tempie, a okazjonalne zwolnienia czy bardziej klimatyczne momenty są zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Zdaje się, że zespół doszedł do tego samego wniosku, stąd też odrobinę różniące się od całości, lżejsze Silver Needle//Golden Dawn czy zamykający drugą płytę cover Song to Say Goodbye Placebo. Oba te utwory są jednak umiejscowione na szarym końcu, przez co docierając do nich, pływa się już w oceanach znużenia. W pozbyciu się narastającego zmęczenia krążkiem nie pomaga na pewno jednostajny wokal Michaela Vanthrauma, który nigdy nie był szczególnie mocnym punktem twórczości Harakiri For The Sky.
Nowy album Austriaków niewątpliwie jest ambitny, świetnie zagrany i bardzo dobrze wyprodukowany. W kwestiach kompozycyjnych duet pokazał jednak zdecydowanie zbyt mało, aby uzasadnić jego czas trwania. Początkowe uznanie dosyć szybko przechodzi w znużenie, w którym trwa się już niemal do samego końca, a to o zespole blackgaze’owym niestety nie świadczy zbyt dobrze. Czasami kluczem do sukcesu jest umiar – tutaj zdecydowanie go zabrakło i z tego powodu do Mære jako całości będę wracał rzadko.
Ocena: 6.5/10
Harakiri For The Sky naFacebooku
- Villagers of Ioannina City, Sunnata, Five the Hierophant – Kraków (11.03.2026) - 23 marca 2026
- Psychonaut – „World Maker” (2025) - 13 lutego 2026
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
Tagi: 2021, AOP Records, blackgaze, Harakiri For The Sky, Mære, recenzja, review.






