Site icon KVLT

Helheim – „HrabnaR/Ad Vesa” (2025)

Norweska legenda powraca po czterech latach, z dwunastym już albumem. W całej ich 32-letniej karierze nie ma słabego albumu i wciąż zajmują silną wysoką pozycję w viking/black metalu. Na każdą kolejną płytę czekam z wypiekami na twarzy, bo wiem, że nic miernego i żałosnego nie ma prawa wyjść spod palców Helheim. Tak jest i tym razem, tyle tylko, że w przypadku HrabnaR/Ad Vesa zespół postanowił zaskoczyć fanów i nagrać split Helheim z… Helheim. W istocie to album podzielony na dwie równe części, pokazujący potencjał zespołu z dwóch stron, od dwóch różnych kompozytorów i wokalistów.

Pierwsza połowa, HrabnaR, zawiera cztery samodzielne utwory napisane przez H’grimnira. Rozpoczynając się potężnym Geist, ta strona podkreśla dominującą twórczość H’grimnira ciężką, ale bogatą w atmosferę – napędzaną nieustępliwą, dynamiczną grą na perkusji Hrymra, którego charakterystyczny styl pozostaje kamieniem węgielnym brzmienia Helheim. Od przejmującego, melancholijnego Sorg er dødens spade po intensywny Livsblot i poruszający Mennesket er dyret i tale, ten pierwszy rozdział oferuje głęboką podróż przez ciężar i refleksję.

Druga połowa Ad Vesa, to dzieło kompozytorskie i wokalne V’gandra. Autor zagłębia się w nordyckie koncepcje metafizyczne, eksplorując cztery składniki duszy ludzkiej według przedchrześcijańskich wierzeń: Fylgja, Hamr, Hugr i Hamingja. W starożytnej myśli nordyckiej dusza była kompozytem, ​​a nie pojedynczym bytem. Helheim ożywia tę bogatą, złożoną mitologię poprzez swoje głęboko nastrojowe kompozycje.

Nie wydaje mi się, żeby była potrzeba rozpatrywania kto jest lepszym kompozytorem, czy wokalistą. Są to spójne części, tworzące obecny obraz Helheim. HrabnaR wydaje się być tą bardziej blackmetalową twarzą zespołu, podczas gdy Ad Vesa, to ta część bardziej pompatyczna, skupiona na nordyckim Wikingu. I bardzo dobrze, bo przez to płyta nabiera charakteru i różnorodności, której pozazdrościć może morze domorosłych artystów spod znaku viking/black metal. Album to tylko niespełna 44 minuty, które są moim skromnym zdaniem czasem akuratnym, żeby nie znużyć i nie męczyć. Taka dawka nordic black metalu jest w sam raz, a lekki niedosyt można traktować jako tęsknotę za następnym krążkiem.

Świetne rzemiosło, które od czasów Jormundgand osiągnęło swój szczyt i jestem pewien, że tam pozostanie. Nie spodziewajmy się po Helheim rewolucyjnych zmian, bo takich się nie doczekamy. I bardzo dobrze. Od lat grają muzykę w swojej stylistyce, udoskonalając tylko swój warsztat, który z płyty na płytę jest coraz bardziej profesjonalny. I chwała im za to.

Ocena 8/10

Helheim na Facebook

 

Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
Exit mobile version