Insidius – „Vulgus Illustrata” (2026)

Czas na warmiński wpierd… Kto nie słyszał o Insidius, powinien zdecydowanie to nadrobić. W listopadzie 2025 roku ten pochodzący z Olsztyna zespół zafundował nam swój trzeci krążek, Vulgus Illustrata, wydany z logo Black Lion Records.

Insidius znam od czasu premiery ich poprzedniego albumu Infamia. Miałem okazję zobaczyć band na żywo i zrewidować ich kondycję w porównaniu z nagraniami – obronili się. Z gęstym graniem na żywo bywa różnie, tu nie zauważyłem żadnego dysonansu. Jakiś czas później Vader postanowił „wypożyczyć” sobie ich garowego, Michała Andrzejczyka, i przez moment obawiałem się, iż może on sobie odpuścić inne projekty. Na szczęście stało się inaczej i otrzymaliśmy kolejne dzieło Insidius.
Vulgus Illustrata jest w równym stopniu rozwinięciem wcześniejszej wizji muzycznej i nowym kierunkiem. Odbieram ten album jako bardziej nowoczesny niż wcześniejsze. Słychać to głównie w pracy gitar, które nie ograniczają się jedynie do typowych, deathmetalowych riffów, wpuszczając na przykład wiele niskich dźwięków charakterystycznych dla deathcore’a (djentu) czy harmonii i dysonansów kojarzonych z black metalem. Wpływy te podane są jednak na bardzo brutalny sposób i nie ma mowy o zmiękczaniu, materiał jest brutalny i wulgarny. Kilka nieszkodliwych wpływów trochę go urozmaica, ale nie zmienia ogólnego odbioru.

Album brzmi bardzo soczyście, co fajnie współgra z zawartością muzyczną. Kompozycje są urozmaicone i skonstruowane tak, że ich gęstość i skomasowany atak nie męczy, a to się chwali. Pomimo sporej brutalności nie da się zarzucić muzykom braku muzykalności i ciągotek do komponowania w sposób dopuszczający chwytliwe patenty. Nie da się też przejść obojętnie obok partii solowych, które swoją melodyjnością i nienachalną techniką świetnie balansują ekstremalny atak utworów. Gitarzyści odwalili tu kawał ciężkiej, dobrej roboty.

Skoro jesteśmy przy ciężkiej robocie, to nie pominę też zasług Michała, który nagrał solidne partie perkusji. Od czasu dołączenia do Vader jego progres jest zauważalny z miesiąca na miesiąc, co widać również na nowym dziele Insidius. Oprócz jego umiejętności, na pochwałę zasługuje samo brzmienie bębnów, które uważam za perfekcyjne i poprawiające dynamikę całości.

Nie polecam tej płyty wrażliwym, nie polecam fanom melodyjek. Tu się gra blasty, tu się miażdży i mieli. To nie słodkie pierdzenie dla miękiszonów, tu trzeba być twardym i oswojonym z tego rodzaju brutalnością. Warmiński łomot zdał egzamin i liczę na to, że album przysporzył im wielu fanów.

Ocena: 9/10

Insidius na Facebook’u.

(Visited 1 times, 29 visits today)

Tagi: , , , , , .