Site icon KVLT

Inter Arma – „Sulphur English” (2019)

Czytając recenzje moich redakcyjnych koleżanek i kolegów, czasami spotykam się z podobnymi przemyśleniami, które wiążą się z odkryciami muzycznymi, jakie w wyjątkowy sposób owładają słuchaczem od pierwszego odsłuchu. Niech pierwszy rzuci kamień, kto nigdy nie przeżył podobnego zauroczenia. Tym razem moje ochy i achy obudziły się ze snu przy okazji premiery czwartego długograja amerykańskiej grupy Inter Arma. W kwietniu światło dzienne ujrzał krążek Sulphur English, po którym trzeba było trochę czasu, aby pozbierać myśli.

Kapela z Richmond w stanie Virginia nie ma prawa do wstydu, gdyż w swojej dyskografii pochwalić się może jedynie udanymi wydawnictwami. Muzyczne obszary, po których z pewnością i determinacją kroczy Inter Arma, nie są oczywiste do zdefiniowania, aczkolwiek najbliżej im do sludge metalu, doom metalu i post-metalu, zabarwionego blackiem i deathem. Czerpiąc z pięciu idealnie uzupełniających się gatunków, muzycy w bardzo udany sposób kompletują swoją układankę. Niechęć do zaszufladkowania i zamknięcia w okowach z konkretną metką powoduje jednak, że Sulphur English pozostaje krążkiem unoszącym się ponad tymi podziałami, a nawet zajmuje miejsce w opozycji do poprzednich dokonań grupy z USA.

Oto bowiem muzycy postanowili wypłynąć na nieznane wody, odrzucając niektóre ze znanych rozwiązań, które charakteryzowały poprzednie płyty Inter Arma. Klasyczne wręcz budowanie napięcia, narastanie atmosfery, potężne punkty kulminacyjne z mocnymi uderzeniami – to wszystko już było, a doświadczeni twórcy zdają sobie sprawę, że zaprzestaniem powtarzania się można wiele namieszać wśród środowiska swoich fanów. Intro nie zdradza wiele. Jest trochę ambientu, psychodeli, minimalizmu w riffach, a przy końcu rozkręca się i przyspiesza perkusja, tylko po to, by… kolejny kawałek wprowadził inną stylistykę. A Waxen Sea to powykręcane i plugawe gitary, niepokojące wybijanie rytmu, ostry wokal i połamana budowa utworu, która pcha go do przodu, dalej i dalej, ku Citadel, gdzie pocięte riffy i blasty są jeszcze bardziej obłędne. Rewelacyjnie współgrają tu gitary i bębny, zmiany tempa i krótkie wyciszenia składają się na jeden z lepszych numerów na tym krążku. Jedyny jego minus to brak konkretnego zakończenia czy też przejścia do kolejnej kompozycji – Citadel kończy się mało pomysłowym fade outem.

Po nim na pierwszy plan w końcu wysuwa się perkusja, która do tej pory wybijała rytm gdzieś z tyłu, a teraz całkiem miłe dla ucha bicie otwiera kolejny rozdział albumu. Howling Lands przenosi nas w inny świat za sprawą wokali – do tej pory jeden głos Mike’a Paparo prowadził nas przez początek albumu, tu z kolei głosy są trzy, a każdy na swój sposób wyjątkowy. Łącząc stylistykę sludge metalu z metalem gotyckim, mamy do czynienia z lekkim zwrotem ku twórczości Paradise Lost. Wspaniale brzmi część instrumentalna pod koniec numeru, po czym spływa na nas spowolnienie i wyciszenie w postaci Stillness. Tytuł mówi sam za siebie, choć Panowie z Inter Arma przyzwyczaili nas do zaskakiwania, więc i tu w drugiej połowie spokojny numer wzmocniony zostaje ciężkimi garami i przesterowanymi gitarami, a wszystko ociera się o stylistykę stoner/doom metalu z intrygującą solówką i ambitnym wykorzystaniem elektroniki. Taka dawka emocji prosi się o chwilę wytchnienia, ta z kolei nie trwa długo – niespełna dwuminutowy przerywnik Observances of the Path jest spotkaniem pianina i ambientu, gitary i elektroniki. Potem wyciszenie i ponowne wejście ciężkiej artylerii. Do końca albumu pozostają trzy monumentalne kompozycje.

The Atavist’s Meridian to swoisty zwrot ku obecnemu już na nowym krążku Inter Arma połamaniu stylistyki i tempa. Kompozycja przypomina sinusoidę – w pierwszym akcie nagromadzenie ciężkich motywów, środek to zwolnienie rytmu i uspokojenie gry, a finał to kolejne mocne wejście całego arsenału bębnów, gitar i ostrego wokalu. Na jeszcze bardziej interesujące zabiegi muzycy zdecydowali się w przypadku Blood of the Lupines, który brzmi jak pojedynek pomiędzy King Crimson i Neurosis. Melancholijne, atmosferyczne i szerokie dźwięki storpedowane są przez mocną dawkę ciężkich riffów i jeszcze mocniejszej sekcji rytmicznej. Kompozycja ta łatwa w odbiorze nie jest (podobnie zresztą jak cały album), aczkolwiek wszystkie jej składowe pierwiastki są idealnie wyważone, a każdy dźwięk znajduje dla siebie odpowiednie miejsce, do którego świetnie pasuje. Na koniec Inter Arma znów rozpędza się i zwalnia, przyspiesza i hamuje, by zamknąć swój najnowszy album tytułowym Sulphur English. Oj, sporo siarki dorzucają Amerykanie do kotła, by uzyskać niepokojąco brzmiące motywy gitarowe i dziką, furiacką rytmikę numeru. To, co T.J. Childers wyprawia na perce jest godne uwagi i podziwu. Tym krążkiem grupa podniosła sobie muzyczną poprzeczkę bardzo wysoko. Z przyjemnością posłuchałbym kawałków z ich najnowszego dziecka w wersjach koncertowych.

Sulphur English na sześćdziesiąt sześć minut porywa słuchacza do niejednoznacznego świata pełnego kombinatoryki, nieoczywistych rozwiązań, pociętych struktur, głębokiego brzmienia i bardzo dobrej produkcji. Nic nie dzieje się tu z przypadku, a każdy element wpasowuje się do pozostałych. Z pełną świadomością stwierdzam, że na dzień dzisiejszy jest to najlepsze wydawnictwo Inter Arma, pozbawione monotonii i niemożliwe do zaszufladkowania. Czapki z głów.

Ocena: 10/10

Exit mobile version