Styczeń jak zwykle rozpoczynam melancholijnym rozpamiętywaniem ilu płyt nie zdążyłam przesłuchać, bo przecież już pojawiają się nowości, zapowiedzi i dramaty niepewności co do planów na rok bieżący. Jednym z grzechów przeoczenia okazuje się brak w moim płytowym zestawieniu 2020 ostatniego albumu szaleńców z Los Angeles Intronaut. Fatalnie. Nie jest to najpopularniejszy zespół w naszym kraju, tworzą raczej dla wąskiego grona odbiorców, promocja też nieszczególna. Jest to jednak kapela technicznie bezbłędna, która od A do Z doskonale wywiązuje się ze swoich muzycznych założeń, następnie je przecina, podnosi do sześcianu, mnoży przez 3 i doda jakąś melodię, bo w końcu to piosenki, żeby nie było, i tym nieskomplikowanym równaniem tworzą fantastyczne płyty w swoim specyficznym stylu. Niniejszym proponuję zwrócić uwagę na Fluid Existential Inversions, jeśli nie straszne Wam paraboliczne wygibasy spod znaku progresywnego metalu. Nie będzie lepiej w tym temacie.
Matematyczny metal od dawna nie jest trendy ani sassy, tym bardziej zahaczający o rejony post metalowe, bo tu wcale nie jest jednoznacznie. Zaznaczam jednak, że nowej jakości raczej nie uświadczycie, w końcu ile można w ten sposób kombinować. To, co Panowie już wymyślili na poprzednich albumach, bez pardonu kontynuują na najnowszym krążku. Droga jest ta sama, tak samo wyboista, z licznymi zakrętami, klimatycznymi zwolnieniami, szalejącą sekcją rytmiczną i tym samym, miejscami mdławym wokalem. Konstrukcje tych połamańców są tak perfekcyjnie opanowane, że nie sposób nie docenić zespołu chociażby za fach w rękach. Nie będę ukrywać, że wtórność pomysłów (niech już nazwę istotę wątku po imieniu) totalnie mi nie przeszkadza, tu nie o nowe eksperymenty chodzi. Mało tego – jestem zachwycona i oczarowana fantazyjnym podejściem do budowy utworów, przełamaniem ich wolnymi partiami i powrotami do tych przygniatających ciężarem. Brzmi znajomo? No pewnie, że tak, ale w przypadku Intronaut to naprawdę działa. Proste. Mimo origami z numeru, to się da rozłożyć, złożyć i zanucić nawet. Intronaut przy tym wyróżnia potężne brzmienie, nie pierwszy raz zresztą, jednak tym razem mamy do czynienia z prawdziwą mocą. Sacha Dunable i Dave Timnick wykorzystują różnorodne efekty gitar, często z wieloma efektami naraz, ale zachowując podstawy. To wszystko w połączeniu z porywającą grą na basie Joe Lestera daje efekt wielowymiarowości, a momentami niemal zagubienia w detalach. Singlowe Cubensis czy Pangloss, i mój absolutny faworyt The Cull, to mini dzieła sztuki.
Niekoniecznie chcę wskazywać, gdzie umiejscawiać Intronaut pośród nowych wydawnictw. To zespół z 15-letnią historią, ugruntowali sobie taką a nie inną pozycję w świecie tzw. modern metalu, wyróżniają się na tle innych, i oprócz tony talentu i dziwacznych pomysłów mają coś, czego w tym gatunku (i ich pograniczach) zdecydowanie brakuje, na przykład unikalny klimat. Jeśli jeszcze raz gdzieś przeczytam, że pachną Toolem lub Porcupine Tree wymieszanym z Mastodonem, to dostanę zeza rozbieżnego od przewracania oczami. Nawiązań czy inspiracji prędzej szukałabym w Voivod, Cult of Luna, i bez niespodzianek – u Meshuggah. Ostatecznie jednak rezygnuję, nie, tu nie trzeba niczego porównywać. To Intronaut, z fantastycznym, nowym albumem, który warto przesłuchać.
Ocena: 9/10
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025

