Na okładce wcale nie ma jelenia. I tego spodziewajcie się po tej płycie.
Kiedy polskie kapele post-punkowe jeszcze parę lat temu wydawały swoje albumy, to nie sposób było uciec od jednego odwołania – Siekiera. Prawie wszyscy próbowali grać tak samo, starając się kserować jedną z najlepszych polskich płyt – czyli „Nową Aleksandrię”. Stopniowo zaczęliśmy wychodzić z tego kryzysu, czego dobrym przykładem jest choćby recenzowany niedawno Schröttersburg. To samo zaczęło dziać się z muzyką noise’ową, która brana była od tej bardziej punkowej strony. W kółko tylko Ewa Braun i Ewa Braun. Na szczęście mamy i antidotum na zrzynę ze słupskiej legendy – jest nim toruńska Jesień.
Jesień właśnie wydała swój pierwszy długogrający album – „Jeleń”. I gdy posłuchacie tego choćby raz, to głównym skojarzeniem będzie unikatowość. Pierwszym powiązaniem z taką muzyką będzie właśnie Jesień. Nie Pustki, Ścianka, czy wspomniana Ewa Braun – zupełnie coś nowego w polskim noise. Raczej… Armijne „Triodante”? („Paluszki”!) Slint i Shellac? („Mistrzostwa Świata”, „Do Bozi”). Self Defense Family? („Pokoik”). Już bardziej.
Istotnym jest, że wszystkie wymienione wyżej przeze mnie zespoły, to kapele związane w jakiś sposób ze sceną punkową – i taka też jest Jesień. „Jeleń” to album bardzo punkowy, jeśli chodzi o zawartą w nim energię. Riffy w niektórych kawałkach zresztą też można tak określić – choćby otwierające płytę „Przestałem”, które po delikatnym intrze atakuje stricte 80’s punkowymi gitarami. Jest to również album jazzowy, bo sama struktura prawie wszystkich kawałków na to wskazuje. Chyba tylko promujący album „Pokoik” i znane już wcześniej „Do Bozi” to utwory rozwijające się w sposób naturalny, bo w każdym z innych w najmniej spodziewanym momencie atakuje albo chaos i hałas, albo post-rockowe, połamane przejście.
„Jelenia” wyprodukował Michał Kupicz, specjalista od takich właśnie brzmień – i zrobił to w sposób wręcz niesamowity, bo dawno nie słyszałem tak świetnego basu na polskiej płycie – jeszcze raz odwołam się do „Mistrzostw Świata”. Wszystko zresztą jest w tej materii dokładnie dopracowane, bo partie gitar również brzmią bardzo dobrze, a perkusja jest bardzo selektywna, dzięki czemu uchwycony jest groove perkusisty – tak grającego drummera ze świecą szukać, bo wszystko tu płynie. Wokale natomiast są tutaj raczej kolejnym instrumentem, co pasowałoby do stylistyki Jesieni, ale warto temu instrumentowi poświęcić sporo uwagi, zwłaszcza, gdy wyeksponowany jest na pierwszy plan („Do Bozi”, „Pokoik”), bo teksty są zwyczajnie dobre, co też niestety nie jest normą w polskiej muzyce.
Jedynym lekkim nieporozumieniem na „Jeleniu” jest rozbite na dwie części „Der Schimmel”, które w zasadzie można by zredukować do ostatniej minuty części drugiej – reszta jest po prostu przerwą w płycie i czymś w rodzaju wypełniacza. Rolę taką zdaje się pełnić również numer „Czemu”, który jest najbardziej nijaki na debiucie Jesieni. Gdyby zaraz po „Paluszkach” wkroczyło tak dobre zakończenie jak „Dziewczyny z Kurska”, byłoby to jedno z najciekawszych dwudziestu minut w polskim noise.
Slint. Shellac. Girls Against Boys. Butthole Surfers. Self Defense Family. End Of A Year. Don Caballero. Jesień.
Ocena: 8/10
- Wygraj bilet na koncert zespołu WIREFALL - 7 lutego 2026
- KIM GORDON na dwóch koncertach w Polsce - 6 lutego 2026
- Alternatywny PIERWSZY ŚNIEG ujawnił singiel „hello” - 6 lutego 2026

