Site icon KVLT

Kalmankantaja / Hermodr – Kalmankantaja / Hermodr (2015)

Tak się jakoś niefortunnie złożyło, że w moim odtwarzaczu znów zagościł pewien bliżej nieokreślony split. Choć nie do końca była to dla mnie aż taka niewiadoma. Przecież kilka utworów Hermodra recenzowałem już przy okazji wywnętrzania się nad splitem Szwedów z rosyjskim Isem. I przyznać muszę szczerze, że Hermodr wyszedł z tego prześwietlenia zdecydowanie obronna ręką. Parafrazując rockowych dziadków ze Smokie pozostało więc jedno zasadnicze pytanie: „Who the f**k is Kalmankantaja„?

Ano nie trzeba być multilingwistą i nie jest niezbędny doktorat ze skandynawistyki żeby domyślić się pochodzenia tej kapeli. Nie mogę sobie zresztą odmówić w tym miejscu małej dygresyjki, gdyż badając owo fińskie trio prawie spadłem z krzesła, gdy zapoznałem się z ich dotychczasową dyskografią. 8 (słownie osiem!) pełnowymiarowych krążków i 11 innych produkcji (w tym 6 splitów i 4 EPki) to naprawdę powalający dorobek. A 4 longplaye i jeden split wydane w roku 2014 to już hat trick z przytupem. Panowie jak nic musieli chyba zgubić klucze do studia będąc już w środku…

Ale ja nie o tym. Ja dziś o splicie. Czyli zaledwie dwóch utworach Kalmankantaji i dwóch kolejnych Hermodra. I na tych czterdziestu pięciu minutach się tu skupię.

Kalmankantaja to trzech miłych panów powiązanych między innymi z Azaghalem, Oathem (czytaliście już tę recenzję?) czy Wyrdem. Tym samym i muzyka przez nich grana przestaje być niewiadomą. Prawdziwy Black w starym stylu ociekający beznadzieją, smutkiem, rezygnacją i buntem zbudowanym na bezsilności. Furii, złości i ataku na słuchacza szukać tu próżno. Taki Burzum z czasów Hvis lyset tar oss, tyle że mocno oszlifowany zimnymi wodami Bałtyku i przesmagany lodowatym wiatrem Laponii. Zarówno w pierwszym jak i w drugim utworze jest raczej wolno i raczej ciężko a chwilami nawet jeszcze wolniej. I pomimo, że kawałki różnią się od siebie niczym dwa stare renifery, to słucha się ich niezmiernie przyjemnie. Choć nie tak, jak kolejnych dwóch utworów produkcji Hermodra. Förfallen & Övergiven to prawie kwadrans tantrycznie powtarzających się linii melodycznych, powolnych i ciężkich niczym walec stalowy. Uwagę przykuwa jednak ciekawe zestrojenie gitar, które wespół ze stanowiącym tło wokalem i senną perkusją stanowią naprawdę świetnią całość. Vredesmod nie odbiega od ogólnego klimatu splitu. Znów powiewa znużeniem i beznadzieją i znów całość stanowi epicką wariację na temat Black Metalu i Ambientu w jednym.

Owszem, można by powiedzieć, że tego typu proste utwory da się napisać w kwadrans i grać je potem w różnych konfiguracjach godzinami. Że taka muzyka to łajno rozsmarowane cieniutko na powierzchni płyty i że to nie metal, skoro uderzenia perkusji występują tu w tempie trzy na minutę zamiast siedmiu na sekundę. Że muzycy próbują minimalnym nakładem sił uzyskać maksymalne zyski sprzedając jedno i to samo po dziesięciokroć. Tyle, ze dla mnie muzyka niekoniecznie musi być utożsamiana z wysublimowaną melodyką i piętrowymi konstrukcjami dźwiękowymi. Muzyka to nośnik myśli i uczuć i czym bardziej prawdziwy, tym lepszy. I tu właśnie tak jest.

Ocena: 7,0 / 10,0 – 9,0 / 10.

Exit mobile version