Końcówka 2024 roku przyniosła premierę płyty zespołu, do którego mam ogromny sentyment. Jest nim pochodzący z Danii band Konkhra, który po pięciu latach wrócił z Sad Plight of Lucifer nagranej dla Hammerheart Records. Ósme dzieło Duńczyków miało premierę dnia 29 listopada 2024.
Na wieść o nadchodzącym nowym dziele Konkhra bardzo się ucieszyłem, co automatycznie przeniosło się także na wzrost oczekiwań względem poziomu muzyki. Zespół zniknął na długie pięć lat i liczyłem na to, że może to być mocny powrót na scenę. Patrząc na pełną dyskografię, trudno nie dojść do wniosku, iż jest dosyć nierówna. Świetne, kvltowe albumy takie jak Spit or Swallow i Weed Out the Weak występują obok średniaków w stylu Reality Check czy bardzo słabego Come Down Cold. Historia nowożytna ukazuje zespół jako solidny, ale nigdy tak dobry, jak na krążkach połowy lat 90. Dlatego miałem uczucie, że Sad Plight of Lucifer musi skosić, by zespołu nie pogrążyć gdzieś w odmętach kapel średniej półki. Tu pojawił się problem, utwory promujące album nie zachęciły. Pokazały, że grupa się stara, ale jednocześnie, że nie ma tu konkretów i zdecydowania, by stworzyć kompozycje morderczo skuteczne. Zaowocowało to tym, że odpuściłem sobie odsłuch całej płyty po jej premierze i byłem naprawdę zawiedziony. Jednak minęło trochę czasu i ze względu na silny sentyment postanowiłem poznać Sad Plight… i podzielić się związanymi z tym doznaniami.
Konkhra na nowym dziele zdecydowanie postanowiła nawiązać do swej przeszłości i albumu Weed Out the Weak, tu nie mam wątpliwości. Utwory mieszają wpływy death metalu z groove i charakterystycznym dla zespołu nawiązaniem do debiutu Machine Head (część riffów, częste pojawianie się flażoletów). Zespół postawił na średnie lub miarowe tempa – na masę i czytelność kompozycji, które urozmaica częstymi, ciekawymi partiami solowymi. Składniki te powinny stać się gwarantem chwytliwego albumu, ale nie będę ukrywał, że niestety czegoś mi tu brakuje. Lubię balans, przeciwstawności. Tu, dosyć jednostajna charakterystyka utworów sprawia, że ciężkie kompozycje stają się ociężałe i pozbawione życia. To mnie boli najbardziej, bo niby nie mam do czego się przyczepić, wszystko jest dopracowane i zagrane na wysokim poziomie, aczkolwiek nie ma szans, by przeżyć jakieś muzyczne uniesienie czy zaskoczenie. Album jak się zaczyna, tak się kończy, lecąc przez niemal pięćdziesiąt minut na tym samym poziomie. Kilka przyspieszeń czy wybijających z monotonii patentów to za mało, by dać się zespołowi ponieść, a dosyć wymęczone growle nie pomagają w budowaniu napięcia w kompozycjach.
Mam wrażenie, że Konkhra częstymi przerwami robi sobie krzywdę. Od dobrych dwudziestu lat każdy album jest albumem „powrotu” do grania, a to nigdy nie służy rozwojowi czy kondycji muzycznej. Gdyby udało się utrzymać ciągłość wydawniczą, puścić ze trzy krążki z utrzymaniem dwuletnich przerw, pograć jakieś trasy, to band urósłby na momencie, a tak mamy do czynienia z walką o przetrwanie i poziomem dobrym, ale nie wybitnym, co u innych kapel może bym tolerował, ale u twórców genialnego Spit or Swallow jest dla mnie nie do przyjęcia. Wielka szkoda. Nadal czuję sympatię do zespołu, nadal będę dopingował, ale na dziś jestem zawiedziony.
Ocena: 5/10
- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2025, death metal, groove metal, Hammerheart Records, Konkhra, recenzja, review, Sad Plight of Lucifer.






