Site icon KVLT

Latitudes „Old Sunlight” (2016)

Wydaje mi się, że Latitudes mają trochę pecha. Choć od paru dobrych lat trzymają równy poziom, choć pojawiają się na trasach w doborowym towarzystwie, choć nazwa zespołu kojarzona jest przez wielu, to jakoś zawsze przepadają z kretesem w mediach i nie mogą się przedostać do pierwszej ligi swojego grania. No i cóż – po raz kolejny przychodzi nam zakładać, że może teraz im się uda. Rok 2016 przyniósł bowiem bardzo solidny album Old Sunlight.

Nie było tak, że czekałem na ten krążek z niecierpliwością. W gruncie rzeczy nawet nie wiedziałem, że zespół nad czymś pracuje. Mimo tego, gdy tylko dotarła do mnie informacja, że płyta jest gotowa, rzuciłem się na nią z ciekawością. To zresztą nauczka dla mnie – trzeba mieć baczenie na to, co dzieje się w małych wytwórniach (Old Sunlight wychodzi za pośrednictwem Debemur Morti Productions) – ale i dla was: po to macie dziennikarzy/blogerów/krytyków (czyli nas!), żeby samemu nie musieć przedzierać się przez ten zalew wytwórni, zespołów i ich muzyki. Wywiązuję się zatem z obowiązku i oświadczam z pełną powagą, że jeśli przepadacie za post-metalowymi, progresywnymi klimatami, jeśli lubicie sludge, ale ten mniej prymitywny, to powinniście zwrócić uwagę na Old Sunlight. Tam to wszystko siedzi.

Latitudes nie zostawiają wątpliwości o artystycznych walorach swojego najnowszego tworu już od pierwszych sekund otwierającego album instrumentalnego molocha Ordalian. A dalej jest tylko lepiej. Niesamowite, jak świetnie udało się zespołowi i producentowi Chrisowi Fieldingowi (pracował m.in. z Napalm Death czy Electric Wizard) wykreować przestrzeń w tych dźwiękach. Ciężkie, posuwiste, ale i dość zwiewne riffy unikające osadzania na prostych rytmach zyskały dzięki temu wręcz trójwymiarowość. Sporadycznie pojawiające się wokale i obecne na stałe klawisze dodają jeszcze więcej powietrza. Old Sunlight stała się przez to pompą wtłaczającą do uszu słuchacza kilowaty posępnego ciężaru. Latitudes nie pieprzą się w tańcu – jeśli kawałek ma mieć 9 minut to ma 9 minut. Widać, że bariery czy opory do rozległych form to nie jest domena kwintetu znad Tamizy. Jednocześnie coraz bardziej słychać, że to już doświadczony zespół. Ich umiejętności kompozytorskie z albumu na album rosły, by na Old Sunlight pokazać się już w pełnej krasie. Grupa wie, jak ominąć pułapki czyhające na amatorów i choć formy poszczególnych utworów mocno napuchły to dużo się w nich dzieje. Nie ma momentów, w których słuchacz mógłby przysnąć z nudów. Nawet, kiedy w stosunkowo krótkim w porównaniu do reszty utworów numerze Amnio (czas trwania: 3:35) zespół obstaje przy miarowych i powolnych akordach budujących bardziej muzyczny landszaft, niż konkretną formę, Latitudes robią to tak, że napięcie wzrasta. A potem wybucha wraz z początkiem kolejnego na plejliście Gyre. I tak cały czas: góra-dół, głośno-cicho, czarno-biało. Rollercoaster.

Grupa bawi się w ten sposób ze słuchaczem, drażni go, wciąga, miele i wypluwa. Raz atakuje z furia, raz zwalnia, uspokaja, by za chwilę znów ugryźć. Płyta Old Sunlight jest ciężka, niepokorna, nieprzewidywalna. I cholernie dobra.

9/10

Exit mobile version