Leprous – „Aphelion” (2021)

Jak mówią muzycy Leprous, Aphelion to album, którego w zasadzie miało nie być. Planowana była Epka, ale w związku z zatrzymaniem tras koncertowych z wiadomych powodów, zespół miał w końcu czas, by zrobić pełny materiał. Płyta pojawi się na rynku 28 sierpnia br. dzięki uprzejmości progresywnej Inside Out Records.

Szczerze mówiąc, bałem się tej płyty. Maksymalnie zakochany w Pitfalls, byłem przekonany, że to za szybko na nową muzykę. Takie płyty nagrywa się wolniej, albo w ogóle raczej raz w karierze. Pierwsze single niestety podtrzymywały moje obawy. Running Low i The Silent Revelation to dobre utwory, ale nie posiadające takiej przebojowości jak choćby Below, utwór sztandarowy z poprzednika. Nie da się także ukryć, że w tych dwóch propozycjach band nie pokazał niczego specjalnie nowego, a oczekiwałem opadnięcia kopary na podłogę. Wtedy przyszedł czas na całość.

Aphelion jest trochę jak te dwa utwory singlowe – nie tak przebojowe, nie tak zaskakujące i w pierwszej chwili rozczarowujące. Zapoznanie się z albumem zajęło mi trochę czasu, aż pojawiła się stopniowo sympatia. Krążek w moim uznaniu przede wszystkim nabrał bardzo teatralnego charakteru, słychać, że opowiadana jest historia, muzyka z nią współgra, aczkolwiek mam równe mocne uczucie jakoby każda kompozycja była sama w sobie opowieścią. Każda się nasila, posiada wiele zwrotów akcji, ociekając dramaturgią. Do Aphelion trzeba podejść inaczej niż do poprzedników, tu trzeba się wyłączyć, dać się ponieść dźwiękom, rozłożyć je na czynniki pierwsze.

Ogrom pracy włożony w stworzenie aktów przedstawienia zwanego Aphelion jest słyszalny od pierwszego kontaktu. Względem poprzednika zmieniła się ilość instrumentów smyczkowych, jest ich znacznie więcej i jako osobnik, który miał okazję zobaczyć Leprous na żywo – bardzo się z tego cieszę. Mniej natomiast jest gitarowego ciężaru, te instrumenty zostały wplątane w fabułę zdarzeń jako poboczni bohaterowie, podporządkowani sekcji rytmicznej, klawiszom, smyczkom i oczywiście bogato rozpisanym wokalom, z jakich znany jest Einar Solberg. Jego chóralne partie nigdy nie były tak bogato zaaranżowane i w połączeiu z symfoniką brzmią dosyć potężnie (np. All the Moments).

Większość kompozycji jest rozbudowana, buduje napięcie stopniowo. Delikatnie się rozpędza, niepozornie buja, by uderzyć patosem i pełną mocą. Powiem to tak: na poprzedniku mnie to wgniatało, tu stało się normą i jakby straciło na wyjątkowości. Niestety. Choćbym nie wiem jak mocno się starał, nie jestem w stanie się aż tak zagubić w dźwiękach Aphelion, co w Pitfalls. Poziom płyty jest onieśmielający, ale nie porywa mnie tak jakbym tego chciał, spodziewałem się znacznie odważniejszego kroku do przodu, kolejnego skoku na głęboką wodę, a dostałem rozwinięcie sprawdzonych rozwiązań. Możliwe, że za wiele wymagam, możliwe, że się czepiam, lecz jest to dla mnie płyta dobra, a nie wybitna.

Niemniej jednak mam zamiar mocno dopingować kapeli w jej drodze na szczyt. Leprous prezentuje poziom nieosiągalny dla większości zespołów, dawno wyszedł poza ramy metalu i nie wątpię, że w swych dalszych poszukiwaniach nie raz mnie zachwyci.

Ocena:7/10

Leprous na Facebook’u.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .