Moje pierwsze wrażenie związane z trzecim pełniakiem francuskiej grupy Love Sex Machine okazało się całkowicie błędne. Rzut oka na nazwę, nieco odjechaną, “kosmiczną” okładkę oraz logo Pelagic Records na opakowaniu pokierował mnie w stronę psychodelicznego grania, najprawdopodobniej podchodzącego pod post rock lub coś stoneropodobnego. Zamiast tego, po włożeniu płyty do odtwarzacza, Francuzi zaczęli tłuc mnie tak przeokrutnie, że nawet chirurg plastyk Young Leosi miałby problemy z poskładaniem mnie do kupy.
Na albumie, o jakże wdzięcznej i wpadającej w ucho tych bardziej “zatwardziałych” metali nazwie Trve, zawarto dziesięć kompozycji obracających się gdzieś pomiędzy sludgem a post metalem, jednak w przypadku tej akurat płyty wszelkimi etykietami można według mnie jedynie podetrzeć sobie tyłek. Zespół wprost zmiażdżył mnie ciężarem swojego grania, przy czym nie jest to taki jego rodzaj, jaki znamy chociażby z twórczości Amenry. “Trójeczka” Love Sex Machine swoją moc czerpie z potwornego wkurwu przelanego na nuty, przytłaczającego wręcz szlamu, riffów niszczycieli (chociażby ten zabójca z drugiej części Canopy, po prostu miazga) oraz tekstów, które nie stronią od obrzydliwości i niecodziennego poczucia humoru.
Choć zespół tempa nie zwalnia ani na chwilę (a nawet więcej, w Hollywood Story potrafi przyspieszyć zdecydowanie bardziej, niż pozwalałyby na to ramy sludge’u, ocierając się wręcz o black metal), to w tym wszystkim panowie znaleźli również miejsce na symboliczne użycie elektroniki oraz całkiem niezłe, klimatyczne solówki. Udało się więc zmieścić na krążku całkiem sporo, choć ofiarą intensywności i treściwości przekazu Francuzów stał się niestety metraż, tym razem wynoszący jedynie trzydzieści pięć minut. Koniec końców uznaję jednak tę dawkę za w zupełności wystarczającą.
Jeśli więc szukacie krążka, który najzwyczajniej w świecie pogruchocze Wam bebechy, to mocno polecam zainteresowanie się kwietniowym wydawnictwem Love Sex Machine. Trve na tej płaszczyźnie dowozi w stu procentach, i choć niektóre fragmenty płyty można było poprowadzić lepiej (otwierający Body Probe riff zasłużył na o wiele potężniejsze przyłożenie), to na chwilę obecną i tak jest to chyba najmocniejsza sludge’owa premiera tego roku.
Ocena: 8.5/10
- Psychonaut – „World Maker” (2025) - 13 lutego 2026
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026

