Niezmiennie jestem pełna podziwu dla artystów, którzy swoje refleksje, niepokoje czy wewnętrzny krzyk w pandemicznym świecie potrafili przekuć w twórcze odkrywanie innych niż zwykle muzycznych terenów. Jednym z rekordzistów w ilości wydanych płyt w tej dziwnej (nie)codzienności jest z pewnością Mariusz Duda. Zapowiadany kolejny solowy album z serii Lunatic Soul ujrzał światło dzienne mniej więcej zgodnie z planem rok temu, a tymczasem obok, ni stąd, ni zowąd, pojawiła się płyta Lockdown Spaces, złożona w 2 tygodnie i sygnowana pierwszy raz wyłącznie nazwiskiem autora. Tym razem, tak jak w przypadku LS, to też jest część większej całości. Bo z Mariuszem na początku wiadome jest jedno: zawsze musi być jakaś układanka. Nie minęło wiele czasu i mamy kontynuację tej podróży w postaci albumu Claustrophobic Universe. Ambientowa elektronika brzmi intrygująco, ale nie spodziewałam się całkiem sporego przeskoku nie tylko w inną stylistykę niż ta, do której przyzwyczaił nas lider Riverside, ale również estetyka samego wydania jest interesująca. Materiał obecnie jest dostępny tylko w wersji cyfrowej i… na kasetach.
Kontekst Lockdown Spaces był dość oczywisty, tytułowa gra słów jest zamierzona i to nie tyle trop, co wskazanie wprost skąd się wziął pomysł. Naturalnie kontynuacja elektronicznych eksperymentów na Claustrophobic Universe jest rozwinięciem tematyki odnalezienia się w nowej rzeczywistości – najpierw baliśmy się niepewnej przyszłości, zamknięcia, fałszywych informacji, z czasem staraliśmy się swoje wewnętrzne sytuacje opanować, w swoim własnym wszechświecie. Claustrophobic Universe jest krokiem do przodu, próbą wyjścia ze swoich zamkniętych pomieszczeń i ułożenia myśli w teraźniejszości. Muzycznie to płyta bardziej przystępna w odbiorze niż poprzedniczka, bogatsza w aranżach, instrumentarium jest szersze, nieco ciekawiej akcentowane, jak na przykład surowe fortepianowe partie. Romans z tym materiałem nie tworzy jednak atmosfery spokoju ani ukojenia. O nie. Jest tu powiew jakiegoś optymizmu, może nadziei na lepsze (Waves from a Flat Earth, Numbers and Denials), ale zdecydowanie niepokój skrywa się nieustannie w intrach czy outrach (Landed on Mars), gdzieś w tle albo w szczelinach (2084). Pierwszy album z planowanej trylogii (tak, będzie zamknięcie tej historii) był zimny, ograniczony w konstrukcjach, momentami niemiły. Niniejszy natomiast wprowadza więcej przestrzeni, melodii, płynie, ale to nadal zimno. Obcując z obiema pozycjami, byłam zaskoczona dwoma faktami. Po pierwsze, elektronicznym minimalizmem, po drugie – produkcją. Przyzwyczajona do dopracowanych wydawnictw Riverside czy wycyrklowanych pozycji Lunatic Soul, tu musiałam wziąć poprawkę na wszystkie naleciałości rzemieślnicze w postaci trzasków, pyknięć, umyślnych zniekształceń linii melodycznej. Nie jestem purystką w kwestii czystego brzmienia elektroniki, samo wychwytywanie jakichś szmerów, szelestów jest fajnym urozmaiceniem, oczywiście dopasowanym do fantazji i wizji albumu. Skąd jednak taka forma ekspresji i po co te kasety? Ano stąd, bo czemu nie. Każda muzyczna odsłona, którą serwuje Mariusz Duda, zawiera pierwiastek osobistych doświadczeń artysty, jest swego rodzaju odrębną opowieścią. Nie inaczej jest tym razem. Mariusz po wyczerpujących zapewne trasach z Riverside i pracach nad LS powrócił do swoich tęsknot i fascynacji światem muzycznych doświadczeń, które nabywał w domu, eksperymentując z magnetofonem i syntezatorami. Nie bez powodu też muzyczne skojarzenia na myśl przywodzą ścieżki dźwiękowe retro gier komputerowych, które są jedną z pasji Mariusza. Wszystko tu do siebie pasuje, składa się na pewną całość i ma sens. Poszukując punktu zaczepienia w samej muzyce, niekoniecznie jest to istotne w ogóle. To zapis teraźniejszości w opakowaniu dostosowanym do pewnego wyboru środków. Porównania do szkoły berlińskiej czy nawiązania do melancholijnego elektronicznego rocka na nic się zdadzą, pudło, nie mają większego przełożenia na całość. Jeśli już, ja się doszukałam nielicznych podobieństw do szarego Lunatic Soul na Impressions. Zastanawiam się także, czy gdybym nie znała kontekstu, wciągnęłabym się w ten świat. Myślę, że tak, ale z pewnością nocą, w chwili zadumy i wyciszenia. I tak sugeruję smakować ten krążek. Przepraszam – kasetę.
Kiedyś w rozmowie Mariusz stwierdził, że każda dekada ma swoje wady i zalety, a każdy rozwój osobisty wiąże się z utratą pewnych wartości. Żyjemy w czasach, gdzie nastąpił przesyt wszystkiego. Lockdown wpłynął na nas w różny sposób, niektórych zatrzymał, innych zainspirował. Jedni wykorzystali ten czas na przemyślenia, inni szukali pomysłów na siebie. Powrót do korzeni, do tego, co znane i nieco zapomniane, by opisać to, co zastajemy, okazał się świetnym pomysłem. Samo wydanie kasetowe, na totalnym przeżytku, którego osobiście nie znosiłam, ale wspominam z rozrzewnieniem, nieprzypadkowo łączy się w całość, nadaje też specyficznego wymiaru i kolorytu do kontekstu, na który ciągle się powołuję. W Klaustrofobicznym Wszechświecie jedni zwrócą uwagę na minimalizm, bit i rytmikę, inni poczują więcej przestrzeni, otwartość, a może dzięki takiej ścieżce dźwiękowej poszukają siebie, w swoim własnym kosmosie, tak jak ja. Claustrophobic Universe w wielce subiektywnym odbiorze może stać się ciekawym muzycznym świadectwem tego dziwnego roku i zdecydowanie będę wyczekiwać ostatniej odsłony pandemicznej trylogii.
Ocena: 8/10
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025
Tagi: ambient, elektronika, fortepian, lunatic soul, Mariusz Duda, minimalizm, Mystic Production, Riverside.






