Nie wierzyłem w ten album. Nie dlatego, że uważam, jakoby Mastodon skończył się na Leviathan, a w ogóle kiedyś to były czasy, prawdziwa ciężka muzyka, white whale, Holy Grail i tak dalej. Nie w tym rzecz, a wszyscy myślący w tych kategoriach, powinni już co najmniej od jakichś trzech albumów zrozumieć, że pora znaleźć sobie Nowy Ulubiony Alternatywny Zespół. Powód mojej niewiary był inny – nie sądziłem że tak długo można regularnie tworzyć świetny i jednocześnie pełen pasji materiał. Once More Round the Sun to solidna i miejscami porywająca płyta, ale jednak utwierdziła mnie w przekonaniu, że kapela jest na drodze do muzycznego wypalenia, co zwiastowały też utwory promujące Emperor of Sand. Spodziewałem się niezłego, ale wymęczonego średniaka pozbawionego tej iskry, co poprzednie albumy. Na szczęście byłem w błędzie.
Fakty są takie, że utwory udostępnione przed premierą są najmniej przekonującymi momentami płyty. Sultans’s Curse to Mastodon tak typowy i zachowawczy jak to tylko możliwe, wyglądający jakby wyciągnięto go z b-side’ów The Hunter. Show Yourself buja sympatycznym groove’m i chwytliwymi wokalem Branna, ale trochę zieje tu pustką, a kiedy posłuchamy reszty riffów Billa i popisów wokalnych perkusisty na Emperorze, to ten singiel blaknie jeszcze bardziej. Wreszcie pokombinowana Andromeda z szaleńczymi riffami ma być ukłonem w stronę starszych fanów, płaczących za czasami Blood Mountain, ale daleko jej do albumu sygnowanego żywiołem ziemi. Mówiąc krótko, kiedy Mastodon polega na swoich starych schematach, wypada to przeciętnie. Na szczęście cała reszta prezentuje się nieporównywalnie ciekawiej.
Najjaśniejszym punktem płyty jest dla mnie wyjątkowo bogaty Roots Remain. Jest tu wszystko: potężny riff, piękna partia wokalna Branna, charakterystyczna, przeszywająca solówka Brenta i jeszcze stonowane outro na pianinie jako zakończenie. Odjechana, lekko psychodeliczna wstawka też się tu znalazła – absolutne mistrzostwo. Świetnie wypada pełen sprzeczności Steambreather – z jednej strony mamy groźny riff, a z drugiej osią kompozycji jest przeraźliwie nośny wokal Dailora. Ktoś powie, że pachnie to Stone Temple Pilots – może i tak, ale bliższe mi stwierdzenie Hindsa, że Brann brzmi jak połączenie Fergie z Jezusem.
Są też momenty które najkrócej można by nazwać „epickimi” i pewnie doprowadzą one do ciężkiej cholery niejednego starego fana. Ancient Kingdom jest pompatyczne, ale nie przekracza granicy dobrego smaku, a raczej zachęca do spożycia czegoś wysokoprocentowego i skandowania refrenu razem z Troyem. Doskonale też wypada tu wokalnie Hinds, a jego pełna radości, szaleńcza solówka, to totalna rewelacja. To samo mamy w Clandestiny – żarliwe i podniosłe partie wokalne Troya i Brenta, są pełne ognia, a jednocześnie wypadają naturalnie i przekonująco. A dodatkowo jest tu jeszcze obowiązkowy kwasowy eksperyment, z przesterowaną kosmicznie gitarą Kellihera. Całości dopełnia monumentalny Jaguar God, w którym podobnie jak w Roots Remain jest nieprzebrane bogactwo. Szokować może piękny i autentycznie delikatny wokal Hindsa, są miażdżące, szybko tnące riffy, a całe wokalne trio Mastodona daje z siebie wszystko. A na koniec dostajemy od Brenta po uszach tak rozdzierającą i chwytającą za bebechy solówką, że faktycznie nie ma już nic więcej do dodania.
Można się czepiać, że Mastodon jedzie na ogranych już motywach staroszkolnego rocka i jest to absolutnie zgodne z prawdą. Robią to jednak z tak autentyczną pasją i wyczuciem, że nie potrafię się w tym dopatrzyć absolutnie niczego złego.
Ocena: 8/10
- TVINNA – „One in the Dark” (2021) - 1 marca 2021
- Ols – „Widma” (2020) - 29 kwietnia 2020
- Oranssi Pazuzu – „Mestarin kynsi” (2020) - 16 kwietnia 2020

