Jeśli lubisz, drogi słuchaczu, drążyć sobie czasem dziury w głowie i zastanawiasz się, jak poczuć szaleństwo od strony materialnej, zapraszam. Idealnie do takich praktyk sprawdzi się podkład muzyczny w postaci najnowszego, drugiego wydawnictwa składu Maszyny i Motyle pod tytułem Czas (premiera 23 czerwca br.). Za projekt odpowiadają Grzegorz Chudzik – gitara basowa, programowanie rytmów, flet, akordeon, wokal, i Radosław Luszczyk – gitara, programowanie rytmów. Panowie stworzyli dzieło, które łączy w sobie szeroko pojęty industrial z plamami kilku gatunków z pogranicza noise’u, post-hardcore’u i awangardy w ogóle, poskręcane w dłuższych fragmentach w mathrockowy rollercoaster. Składając wszystko w jakiś koncept, będziesz odczuwać duchotę, rozdygotanie, histerię, ale zaczekaj, drogi słuchaczu, posłuchaj całości, a zdziwisz się, że tu się wszystko ze sobą zgadza.
Po pierwszych numerach albumu Czas spodziewałam się, że czeka mnie swoisty mindfuck, a jednak całkiem szybko poukładałam sobie w głowie propozycję od Maszyn i Motyli. Już sama nazwa projektu prowokuje, interesuje. Z notek promocyjnych (albo wywiadu udzielonego tu) dowiadujemy się, że perkusja tym razem jest programowana – mamy więc „Maszyny”. „Motylami” określiłabym zestaw użytych instrumentów albo wokal – coś żywego, kolorowego. Wydawnictwo składa się na około 41 minut muzyki, 10 kompozycji, różniących się od siebie natężeniem i dynamiką. Album brzmieniowo jest surowy, jednak pozbawiony wszelkiego rodzaju brudów czy szmerów, które zupełnie by w tym przypadku nie przeszkadzały. Nie można tu mówić o muzycznej przestrzeni, przeciwnie, to wąskie, przytłaczające klitki, wypełniane pokręconymi, ale mało skomplikowanymi riffami, bardziej wciągające w trans, niż nadające melodii. I paradoksalnie to wychodzi na plus, jeśli wziąć pod uwagę pomysł na aranżacje i sposób ich budowy. Nie mogę jednak przeboleć faktu, że perkusja jest „maszynowa”. Taki był zamysł, rozumiem, jednak co znaczy żywy instrument w dobie cyfryzacji wszystkiego mogłabym napisać elaborat, tym bardziej że na albumie Czas połamany rytm odgrywa kluczową rolę. Na myśl od razu przychodzi mi świetny rodzimy projekt [::](4dots) czy trochę łagodniej pokomplikowany nowozelandzki zespół Kerretta, gdzie (żywi) pałkerzy stanowią o istocie fundamentu muzyki, a nie mówiąc już o efekcie w duchu koncertowym. Świadomość sztucznej perkusji znacznie przeszkodziła mi w odbiorze, tym bardziej że tę sztuczność niestety da się wychwycić. Za inny mankament uznaję partie wokalne, które osobiście mi przeszkadzały. Ani barwa głosu, ani sposób użycia wokali, np. melorecytacje wypuszczane jak kule z karabinu w Inercji czy Ilorazie, niekoniecznie robią dobre wrażenie. Za to na łopatki kładą przemyślane kompozycje, szczególnie utwory Chwila i kontynuator Moment – jest tu miejsce na genialny, podszyty niepokojem klimat, wariacje gitarowe i niby-punkowe zacięcie, nawet w wokalu. Za najciekawszy uważam 14-minutowy utwór Rany, który jest esencją wszystkiego, co na tej płycie najlepsze: nieoczywisty podział perkusji, jakaś dramatyczna, paranoiczna atmosfera, jakby nakładające się na siebie linie gitary i basu, podkręcone noise’wymi fragmentami….. a wokal wydaje się tu zupełnie zbędny. Całkowicie fantastyczny jest zamykający, instrumentalny utwór Inercyja z ukłonem w stronę neofolku, a to na przykład dzięki zastosowaniu akordeonu.
Na koniec wracam do ciebie, drogi słuchaczu, namawiając do zmierzenia się z formą muzyki innej, tak zwanej ambitnej. Czy podołasz? Dla mnie to na pewno ważny album na polskiej scenie muzycznej, który pokazuje, jak wspaniale funkcjonuje awangarda, i ile tam miejsca na eksperymenty. W podziemiu muzycznym warto szperać, nigdy nie zmienię zdania, że to najlepsza kopalnia emocji. Zastąpienia jednak żywych instrumentów maszyną nie kupuję.
Ocena: 7/10
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025

