Megadeth – „Megadeth” (2026)

Dokonało się. Powstał ostatni w historii album zespołu Megadeth, taka jest przynajmniej oficjalna wersja lidera Dave’a Mustaine’a. Jest mi żal z tego powodu, ale bardziej będzie mi żal, gdy okaże się, że te zapowiedzi to tylko marketing – tracę przez takie zagrania szacunek do muzyków. Premiera albumu-nekrologu thrash metalowców odbędzie się 26 stycznia, a ja dzięki BLKIIBLK i Mystic Production miałem okazję go usłyszeć z ponad tygodniowym wyprzedzeniem.

Tak, marketing związany z nowym albumem MegaDave’a i spółki jest ogromny, wszak niewykorzystanie takiej historii byłoby stratą sporego zarobku. Za to nikogo nie winię, ruchy managementu zespołu i samego Dave’a od kilku lat wyglądają trochę jak walka o zabezpieczenie emerytury. Inaczej sobie nie jestem w stanie wytłumaczyć grania tras w roli supportu dla kapel, które mnie przyprawiają o ciarki i zniesmaczenie. Niby nie ma w tym nic złego, ale jako headliner zespół grałby dłuższe sety i miał opcję na lepsze oświetlenie, więc jakby na to nie patrzeć, takie poczynania odbijają się na fanach. Maniacy z Polski będą mieli okazję pożegnać się z Mustaine’em w tym roku na Mystic Festival i osobiście mam nadzieję też się pojawić. Megadeth jest ze mną od początku lat 90. i brak tego zespołu na scenie na pewno odczuję wyraźnie. Szkoda, ale jeżeli faktycznie Dave nie ma już siły do gry, to decyzję szanuję. Lepiej odpuścić niż stać się powodem do żartów.

Nowym krążkiem byliśmy „szczuci” od chyba roku. Pamiętam nawet zapowiedzi, że będzie to najcięższy album Mega, na którym pojawią się blasty – dziś wiem, że był to przykład klasycznego humoru Mustaine’a. Tak czy siak, wszystkie te wpisy i wzmianki podwyższały stopniowo tętno. Następnie pojawiły się single, pierwszy: Tipping Point, drugi: I Don’t Care i trzeci, ostatni: Let There Be Shred. Każdy z kawałków jest obiecujący, każdy utrzymany w starym stylu i na swój sposób przebojowy. Starałem się nie jarać przesadnie, utwory były dobrymi prognostykami, ale nie chciałem idealizować w głowie jeszcze niewysłuchanej płyty, by potem się nie zawieść, gdyby nie utrzymała poziomu. W tym momencie jestem mądrzejszy o kilka odsłuchów całości i tamte domysły poszły w zapomnienie.

Płytę zaczyna Tipping Point, utwór nadaje się tu idealnie. Jest mocny i thrashowy. Jest to na pewno jeden z cięższych kawałków na płycie. Dave wyraźnie skupił się na tym, by napisać album chwytliwy i przebojowy. Słyszę tu ogrom nawiązań do Youthanasia, a może i nawet do najlepszych utworów z Criptic Writings. Przy pierwszym odsłuchu bałem się, że może to być materiał zbyt oczywisty, że melodie szybko wejdą do głowy i nic po nich nie zostanie. Teraz uważam, że tak nie jest. Są zaraźliwe i po prostu dobre. Nie chcę zestawiać poziomu tej płyty do wyidealizowanych klasyków, ale powiem wprost – jest bardzo dobrze. Myślę, że z czystym sumieniem można powiedzieć, że jest to najlepszy album w nowożytnej historii zespołu, a na pewno najbardziej megadeth’owy. Dave zrobił wszystko, by zamknąć swój proces twórczy w ramach rozwiązań znanych z najlepszego okresu kapeli, przez co obok wpływów rodem z Youth czasami wyłapuję riffy w klimacie dwóch pierwszych albumów. Jest nawet utwór, który można podciągnąć pod Countdown to Extinction. Generalnie nie jest to specjalnie ważne, ważne jest natomiast, że płyty słucha się dobrze, a starzy fani nie poczują się „zdradzeni”.

Jeżeli chodzi o nowożytną historię albumów Megadeth, to miałem z nimi tylko jeden mały problem – czasami wydawały mi się wyrachowane i pozbawione drugiego dna. Muzycznie wszystko się zgadzało, ale było przewidywalnie i po jednej linii, a każdy fan wie, że wczesny Megadeth to było szaleństwo i sinusoida emocjonalna. Późniejszy styl okrzepł i brakowało wariactw. Nowy album tego nie zmienia, nie jest to album dziki jak debiut, rozbudowany/techniczny jak Rust In Peace czy precyzyjny jak Countdown. Słychać, że płyta powstała teraz, że nawet bardzo klasycznie napisane riffy zostały nagrane w czasie teraźniejszym, lecz najważniejszym w tym jest fakt, że w moim uznaniu tutaj drugiego dna nie brakuje. Jest to płyta, która niesie ze sobą najwięcej treści, które mogą zostać w nas na długo. Nie chcę tu przesadnie pucować Dave’owi na koniec kariery, ale serio stawiam skrzynkę złocistego trunku na tezę, że album zostanie świetnie przyjęty przez fanów. Nie dlatego, że ma być tym ostatnim, ale dlatego, że jest dobry. A ja osobiście podpisuję się obiema rękami pod swoimi słowami, kupujcie i bierzcie z niego wszyscy. Oto jest bowiem ostatnie dzieło MEGADETH.

Ocena: 9/10

Megadeth na Facebook’u.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .