Site icon KVLT

Megadeth – „The Sick, the Dying… and the Dead!” (2022)

Gdy w czerwcu 2019 roku Dave Mustaine poinformował świat o swojej chorobie, metalowy świat zamarł. Choć okres największej świetności Megadeth niewątpliwie przypada na lata 80. i 90., to formacja byłego gitarzysty Metalliki nawet mimo kilku spektakularnych wpadek (Risk, The World Needs a Hero, Super Collider) bez wątpienia jest jednym z najjaśniejszych punktów gatunku. To, że rudowłosy wirtuoz gitary stojący na jej czele jest prawdziwym walczakiem, wiadomo od początku jego muzycznej kariery – przekonał się też o tym nowotwór gardła, którego Dave dość szybko pokonał. Po raz kolejny przekonać możemy się o tym i my, słuchając nowego studyjnego dziecka formacji, sugestywnie zatytułowanego The Sick, the Dying… and the Dead!

Na swoim szesnastym już albumie Megadeth nie jest ani chory, ani umierający, ani tym bardziej martwy – wręcz przeciwnie. Żywiołowych szybkich strzałów jest na The Sick, the Dying… and the Dead! kilka – fantastyczna galopada promującego krążek Night Stalkers czy gnający na złamanie karku Life in Hell będą prawdziwymi koncertowymi przebojami, podobnie zresztą jak pędzący w zwrotkach Celebutante. Niewiele ustępują im dwa pozostałe „single”, czyli We’ll Be Back oraz rozkręcający się w końcówce Soldier On!. Nie uświadczymy tu niczego, czego w wykonaniu Megadeth (lub – bądźmy szczerzy – dowolnego thrash metalowego zespołu) wcześniej byśmy nie słyszeli – są więc wspomniane riffy odgrywane w tempie japońskich pociągów, solówkowe wojny, krótkie akustyczne zwolnienia oraz charakterystyczny wokal Mustaine’a, w mojej opinii znacznie lepszy teraz niż na początkowym etapie jego kariery. Ta część albumu muzycznie stanowi świetne nawiązanie do wspomnianych we wstępie lat 80. i 90. i w tej roli wypada naprawdę znakomicie.

Ale The Sick, the Dying… and the Dead! to nie tylko zawrotna prędkość. Nieco wolniejsze, skłaniające się odrobinę w stronę heavy metalu granie usłyszymy już w otwierającym album utworze tytułowym, swoją drogą – znakomitym (obok Night Stalkers jest to najlepszy numer na krążku). Świetnie słucha się też dynamicznego Dogs of Chernobyl, który to po dość spokojnych pierwszych kilku minutach zamienia się w czysty thrashowy galop. Wstydu Amerykanom nie przynoszą również broniący się refrenem Mission to Mars oraz dość przyjemnie bujające Sacrifice, Junkie oraz Killing Time, choć akurat te trzy numery brzmią trochę jak wyciągnięte z generatora utworów Megadeth i w porównaniu z resztą tej nie-aż-tak-szybkiej części krążka brakuje im nieco indywidualnej tożsamości.

Po przesłuchaniu utworów promujących The Sick, the Dying… and the Dead! uznałem, że to może być najlepszy album Megadeth od bardzo dawna. Nie pomyliłem się – to najbardziej udane wydawnictwo zespołu od czasu Youthanasii. Brak tutaj momentów, podczas których na twarzy pojawia się grymas obrzydzenia, kojarzących się ze wspomnianą we wstępie „parszywą trójką”, nie uświadczy się też nudy, obecnej na wielu krążkach nagranych przez Mustaine’a i ekipę po roku 1994. Złośliwcy powiedzą, że to wszystko już było i rzeczywiście mają rację, pamiętajmy jednak, że to thrash metal, a tu chyba nie da się już wykombinować niczego innowacyjnego. Szesnasty album Megadeth jest jednym z lepszych thrashowych wydawnictw, jakie wyszły w ciągu ostatnich kilku lat. Dla jednych będzie to „tylko tyle”, a dla sympatyków gatunku „aż tyle”. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy.

Ocena: 8.5/10

Megadeth | Facebook

Exit mobile version