Jesień. Czas melancholii, refleksji i bardzo wkur… denerwującej pogody. Czas kiedy najlepiej słucha się ponoć post-rocka, doom metalu lub suicidal black metalu. Albo takich kapel jak MOAFT. Takich, które stoją na przecięciu właściwie tych dwóch pierwszych gatunków z odrobiną post-metalu i sludge. Najprościej jednak stwierdzić, że MOAFT gra MOAFT. To jeden z tych młodych bandów, który wyrobił sobie dość oryginalne podejście do muzycznej materii i bawi się ze słuchaczem, zaprasza go do muzycznego labiryntu i długo nie pozwala zeń znaleźć wyjścia, praktycznie do ostatniego dźwięku kompozycji numer osiem. Band ten było mi dane widzieć kilka razy na żywo. Udało im się załapać na support przed moim ukochanym The Ocean w Gdyni. Pisałem jakiś czas temu, że zmęczyłem się muzyką instrumentalną. MOAFT należy do wyjątków, które śledzę z dużym zainteresowaniem, słyszę bowiem w ich kompozycjach coś czego u większości kapel post-rockowych chociażby obecnie ze świecą szukać. Mam tu na myśli czerpanie z dobrodziejstw innych gatunków i przekuwanie ich na swój własny, charakterny styl. Tak więc zdarzają się i podziały rytmiczne zasłyszane u Toola i plemienność późnego Neurosis (Intra) i łamańce, które gdyby podrasować i dociążyć sensownie wpisywałyby się w twórczość Gojiry. Są to jedynie moje luźne skojarzenia, którymi nie musicie się przejmować, ale jeśli pamiętacie taki band jak Indukti to u MOAFT jest podobny sposób myślenia o muzyce.
Weźmy sobie pod lupę taki kawałek jak Pactor. W trzy minuty usłyszycie w nim niemal death metalowy wpierdol, jazzowe jamowanie i jeżeli dobrze wyłuskałem to saksofon do spółki z akordeonem. I choć kiedy czytacie te słowa to brzmią co najmniej dziwnie to wszystko do siebie pasuje i nie sprawia wrażenia niepoukładanego chaosu. Do tego dochodzą melodie kojarzące mi się z jakimś diabelskim, mantrycznym folklorem mające swoje ukoronowanie w hipnotycznym i przerażającym z deka jednocześnie kawałku Lipushka. Ta muzyka się do nas skrada, pełznie i próbuje nieźle wystraszyć. A jednocześnie słuchając partii basu nie sposób nie majtać girą (Ursa Major). Takie to cwaniaki. Jednocześnie to wszystko jest tak spójne i barwne, że nie mam poczucia przekombinowania i pogubienia się w tym dźwiękowym gąszczu.
Na pewno nie jest to płyta do jednorazowego odsłuchania i odłożenia na półkę. Na pewno nie jest to muzyka łatwa i mega przyjemna. To raczej przejażdżka zarówno górami i dolinami, pod wodą, pod ziemią a na samym końcu to już odlot w kosmos. Wiem, że maniaków takiej różnorodności i łamania konwencji nie brakuje więc przewiduję duże zainteresowanie twórczością tej grupy w przyszłości jeśli zauważą ich spece do wyłapywania perełek. Polecam wszelakim poszukiwaczom mocnych ważeń, którym takie nazwy jak Neuma, NYIA, Moja Adrenalina czy Orange The Juice nie obce. A jednocześnie jest to tak inny od tamtych band… Taki rodzynek na naszej scenie. Oby szybko szerzej zauważony.
Ocena: 9/10
- Polski MUDSLINGER (stoner/groove) wypuścił nowy singiel „Way Down” - 11 lutego 2026
- Wygraj bilet na koncert zespołu WIREFALL - 7 lutego 2026
- KIM GORDON na dwóch koncertach w Polsce - 6 lutego 2026

