Site icon KVLT

Mortal Slaughter – „Destiny/Roots of Evil” (2010)

Czas na kolejny tom mojej małej encyklopedii polskiego, ekstremalnego muzycznego podziemia. Miałem już przyjemność napisać kilka słów o puławskiej grupie Mortal Slaughter przy okazji recenzji płyty Lepers, a dziś cofam się do czasów ją poprzedzających – do demówek Destiny (1991) oraz Roots of Evil (1990). Wydali je nasi rodzimi undergrounowi wyjadacze z Thrashing Madness aż czternaście lat temu, co absolutnie nie przeszkadza, by o nich przypomnieć.

Mortal Slaughter ma mój szacunek od kiedy praktycznie pamiętam, dlatego zagłębienie się w demosy okazało się bardzo przyjemnym zajęciem. Zawsze skupiony byłem na ich jedynej płycie, Lepers z 1993 roku, i jakoś nie odczuwałem większej potrzeby, by męczyć się zgranymi ze zniszczonych kaset demówkami. Tu TMP poratowało i mogę z przyjemnością słuchać materiałów z brzmieniem mocnym na tyle, na ile się dało. Krążek zaczyna nagrane przez Pawła Młynarczyka (z Siekiery) demo Destiny. Jest to drugie w historii podejście zespołu do rejestracji dźwięków i trzeba przyznać, że wyszli z tej próby obronną ręką. Totalnie nasycony wpływami Slayera death/thrash metal zagrany w Przeznaczeniu jest agresywny, bardzo porywczy i nawiedzony. Młody zespół starał się wrzucić w swoje kawałki jak najwięcej szaleństwa i mam wrażenie, że zabieg ten zakończył się sukcesem, bo kompozycje aż ociekają obłąkańczą pasją grania metalu, co odbieram jako bardzo szczere i prawdziwe. Dzięki temu demówki słucha się z zapartym tchem, ciesząc się z jej archaicznego charakteru. Lepers był albumem już w pełni death metalowym, a Destiny pokazuje jeszcze zespół jako ludzi, którzy są krok przed przejściem na ścieżkę lewej ręki i daje ciekawy pokaz mieszanki stylów thrash i death metal.

Drugim etapem krążka jest debiutanckie demo, czyli Roots of Evil z 1990 roku. Ten materiał także zrealizowano we współpracy z muzykiem Siekiery, ale słychać, że rok przed Destiny możliwości były mniejsze i Korzenie Zła brzmią znacznie słabiej od dwójki. Jednakże ciężko brać to za minus, bo historia ma to do siebie, że pokazuje obraz ówczesnych czasów, a jakby na to nie patrzeć band dopiero zaczynał, podjął się pierwszych nagrań i przedstawił się na takim poziomie, na jakim wtedy dał radę. Utwory tu zamieszczone są „slayerowe” do bólu i jedyne, co może wskazywać na późniejszy skok w stronę metalu śmierci to dosyć brutalny wokal, który zaczynał już operować jakimś tam przesterem, zamiast thrashowym krzykiem.

Jeszcze się nie zdarzyło, bym nie pochwalił wydawnictwa Thrashing Madness i liczę na to, że nie spotkam się z czymś, co mnie złamie. Jestem typem, który z wielkim sentymentem patrzy w stronę początków naszej metalowej sceny i TMP dostarcza mi pokarm do odżywiania tej nostalgii. Nie inaczej jest z opisywaną płytą, Mortal Slaughter stało już na moim podium dzięki Lepers, a poznanie demówek jedynie umocniło tę pozycję. Jest to zespół, jaki stawiam na samym szczycie metalowej muzyki przeszłości polskiej sceny metalowej.

Thrashing Madness na Facebook’u.

Exit mobile version