Site icon KVLT

Mötley Crüe – „Shout at the Devil” (1983/2023)

Jesień 2023 przyniosła porcję nowych wznowień od BMG. Jednym z nich jest wydany z okazji czterdziestolecia obecności na rynku muzycznym album amerykańskich gwiazd rocka z Mötley Crüe – „Shout at the Devil”. Dotychczas wydawnictwo to ujrzało światło dnia w kilku wersjach. Jedną z nich jest Super Deluxe Box Set, w skład którego wchodzą – oprócz standardowego, winylowego krążka – kaseta magnetofonowa, płyta CD i gadżety: reprodukcja 7-calowych singli Too Young To Fall in Love i Looks That Kill, plansza do seansu spirytystycznego z pentagramem i głową diabła jako wskaźnik, metalowy adapter do 7”, litografie z grafiką albumową, karty tarota, uchwyt na świeczkę w kształcie diabła i siedem nagrań demo na płycie Shout at the Demos & Rarities. Pozostałe wydania to Super Deluxe Edition, Picture Disc, Red/Black Vinyl, LP Replica CD i Lenticular CD (czyli drukowany w technologii 3D).

Ja do recenzji otrzymałem aż dwie wersje winylowe, są nimi czerwono-czarny klasyczny winyl w gatefold oraz picture disc co pozwoliło mi wreszcie jeden do jednego ocenić, czy faktycznie krążki produkowane jako picture disc brzmią gorzej od regularnych.

Zacznijmy od początku. Shout at the Devil to drugi krążek w historii zespołu, a pierwszy dla majorsa Electra Records. Dla osoby takiej jak ja, która po dziś dzień żyła raczej w rejonach znajomości amerykańskiej gwiazdy na zasadzie „the best off” zetknięcie się z całym albumem z początków istnienia kapeli okazało się typowym eye openerem. Znając takie hity jak Girls, Girls, Girls czy Without You nie zdawałem sobie do końca sprawy, że początki Mötley Crüe były znacznie bardziej soczyste i metalowe niż późniejsze, glam rockowe „granie dla lasek”. Na Shout at the Devil obok przebojowych Looks That Kill czy Helter Skelter znajdują się mocne, heavy metalowe hymny, jak choćby Red Hot czy utwór tytułowy. Nie wiem, na ile te okoliczności przekonają mnie do sprawdzenia całej dyskografii, ale wiem, że ten album dołączy do grona moich klasyków z gatunku hard’n’heavy.

W kwestii produkcji i oprawy graficznej BMG jak zwykle dołożyło wiele starań, byśmy otrzymali solidny produkt. Na nowo zmasterowany album brzmi klasycznie, ale mocno, wręcz soczyście. Słucha się go świetnie, a radość odbioru 40-letniej płyty z placka cieszy niezmiernie. Co do słynnej potyczki wersji winylowych zwykłych i picture, mam mega problem… Przekładałem kilka razy winyle w adapterze, puszczałem różne kawałki i powiem szczerze, że jeżeli są jakieś różnice, to niewielkie – żadnych wyraźnych nie usłyszałem. Może mam za słaby sprzęt, może słoń nadepnął mi na ucho, ale jak dla mnie obie płyty wyprodukowane przez BMG brzmią bliźniaczo i nie mam zamiaru tym razem negować wersji picture (choć znam takie, które brzmią faktycznie bardzo słabo). Na plus wersji z nadrukowanym obrazkiem wypada także fakt, iż wytwórnia zadbała o okładkę papierową, co znacznie podnosi jej wartość i zwykłą praktyczność.

Na koniec muszę jednak napisać o małym minusie. W wersji czerwono-czarnej, krążek został włożony w kopertę wykonaną (chyba) na papierze kredowym. Nie wiem, jak jest z innymi egzemplarzami, ale z moim miałem poważny problem. Płyta przykleiła się do koperty do tego stopnia, że musiałam się z nią siłować, co zaowocowało ostatecznie rozdarciem koperty i delikatnym uszkodzeniem winyla (na szczęście nie wpływającym na odbiór). Mam nadzieję, że tylko mi przytrafiła się taka historia.

Abstrahując od tej małej wpadki, gorąco polecam ten album. Shout at the Devil to bardzo dobry kawał muzy, który w dzisiejszych czasach, z odnowionym lekko brzmieniem, wypada mocno i przypomina, że czasy to były kiedyś, a dziś nie ma czasów.

Mötley Crüe na Facebook’u.

Exit mobile version