Był rok 2015, kiedy enigmatyczny, black metalowy duet z górniczych obszarów szwedzkiego Bergslagen zaprezentował światu pierwszy rozdział monumentalnej trylogii, opartej na koncepcie całkowitej bezużyteczności gatunku ludzkiego i jego beznadziejnej egzystencji na naszej planecie. Kontynuacja nadeszła rok później, a teraz dzieło wieńczy Stravan –ludzkość nie istnieje, a nowopowstały, doskonały byt, poświęca sam siebie, by zniszczyć wszechświat.
Warstwa muzyczna jest równie apokaliptyczna w swym wydźwięku, zarówno za sprawą użytych środków wyrazu jak i atmosfery przytłoczenia, która osacza słuchacza z każdą minutą. Pierwsze takty Ur Myren, zaczerpnięte z brytyjskiej spuścizny post punka szybko zamieniają się w melancholijny, czarny pochód, który ma w sobie coś ze smutnej, rockowej ballady. Ale zadziorne gitary, zjadliwa sekcja i piekielne wokale nie pozwalają odpłynąć do krainy łagodności. Utwór tytułowy, z tremolowym motywem zaczerpniętym od Taake, osadzonym na delikatnych, melancholijnych akordach to już wycieczka w absolutną nicość – nie ma gór, nie ma lasu, nie ma nawet kosmosu, jest zwykły, black metalowy niebyt. Z kolei Berget to już ognista, gwałtowna burza, napędzana przez energię Mgły, niszcząca wszystko co spotka na swojej drodze. A gdy zostaną już same zgliszcza, to następuje silne zlodowacenie – Korpen niesie w sobie całe pokłady zimna Immortal.
Dzika, niczym nieskrępowana black metalowa furia, poprzeplatana jest wolniejszymi fragmentami, wyraźnie zainspirowanymi starą zimną falą z Wysp Brytyjskich, przełożoną na język muzycznej ekstremy. Przeszywające melodie, minorowe akordy, wiercące riffy i pełen bólu wokal, sprawiają, że właśnie te momenty są wręcz przesycone atmosferą całkowitej beznadziei i nienawiścią do otaczającego nas świata. W zderzeniu z najbardziej wściekłym obliczem szwedzkiego blacku, efekt jest piorunujący. To czysta negacja wszystkiego, co ma w sobie minimalny pierwiastek życia. Po zderzeniu ze Stravan trudno nawet o jakieś emocje, bo i te są zniszczone przez wykreowane dźwięki.
Nie jest łatwo tak grać. W czasach, gdy wszystko już było, a nowe wydawnictwa są wariacją różnych, istniejących już światów, zrobienie płyty, która wyczerpywałaby definicję black metalu, zarówno muzycznie, jak i filozoficznie, wydaje się karkołomnym zadaniem. Żeby wyjść z niego zwycięsko, nie wystarczy odrobić lekcji i podeprzeć je talentem, tym po prostu trzeba żyć. Urzul i Vargher to nie ludzie, to raczej humanoidalne byty, składające się z nienawiści, abnegacji i nihilizmu. I tylko taki ktoś zniszczy świat skutecznie, z pełnym zaangażowaniem, poświęceniem i dbałością o unicestwienie każdej żywej komórki. I to trzy razy z rzędu.
Ocena: 9/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022

