Nasty Savage – „Jeopardy Room” (2024)

10.10.2024 roku to warta zapamiętania data dla wszystkich maniaków staroszkolnego, amerykańskiego thrash metalu. Był to dzień premiery albumu legendy, która do tej pory nie rozpieszczała fanów i zaliczyła więcej powrotów i rozpadów niż stworzyła płyt. Mowa o premierze nowej płyty Nasty Savage, zatytułowanej Jeopardy Room i wydanej z logiem FHM Records.

Jeopardy Room to dopiero piąty krążek Nasty Savage. Zespół zaczął bardzo szybko i stał się ważną załogą sceny thrash, a także sporą inspiracją dla późniejszej sceny death metal. U nas stał się sławny dzięki minitrasie, jaką odbył w 1988 roku u boku Exumer i Atomcraft w Katowicach, Poznaniu i Gdańsku. Od starszych kolegów słyszałem sporo opowieści o jednym z tych koncertów i wiem, że Nasty Savage zagrał najlepiej z całej trójki, zapadając im w pamięci na całe życie. Krótko potem zespół się rozpadł, potem wrócił, znowu się rozpadł, wrócił, rozpadł się, nagrał płytę w 2004 roku i się rozpadł… Obecny comeback ciągnie się od 2016 i liczę, że jeszcze trochę potrwa, bo według mnie scena potrzebuje Nasty Savage z ich obecną kondycją i szczerością.

Jeopardy Room nagrano w legendarnym Morrisound Studio pod okiem Jima Morrisa, co przełożyło się na solidne brzmienie, które dobrze łączy obowiązkowy stary styl z nowoczesną mocą. Metal, jaki proponuje Nasty Savage A.D. 2024, to konkretny, siłowy, ale niepozbawiony urozmaiceń thrash. Kompozycje utrzymane są głęboko w starym stylu zespołu, i jako że poza wokalistą w obecnym składzie nie ma ani jednego oryginalnego członka, to uważam to za niezły wyczyn. Nasty zawsze się wyróżniał, nie kopiował niczyjego stylu, robił to, na co miał ochotę, mieszcząc się w konwencji thrashu. Z nową płytą jest podobnie. Pomimo kilku nowych elementów nie da się nazwać jej inaczej, niż esencjonalną dla gatunku. Śmiem pójść dalej z wnioskami: długo nie słyszałem albumu, który bez przesadnego silenia się brzmiałby tak naturalnie, korzennie i bez napinki. Muzycy, jeżeli mają ochotę, wpuszczają death metalowy riff, a jeśli mają chęć na coś lżejszego, robią to również. Nie muszą się martwić o ewentualne wyjście poza ramy stylu, bo na thrash metalu zjedli zęby i płynie on w ich żyłach. Strzały takie jak otwierający utwór tytułowy czy Operation Annihilate to typowe (nie mylić z „przeciętne”) koncertowe miazgatory, jakich mogą pozazdrościć kapeli najwięksi. Thrash po prostu aż tu wycieka z głośników w każdej sekundzie trwania utworów.

Bardzo fajnym dodatkiem jest od nowa nagrana wersja utworu Witches Sabbath. Kompozycja sama w sobie byłaby świetna, ale dodatkową wartość nadaje gościnne wystąpienie braci Tardy (Obituary). John dodał swe klasyczne, emocjonalne ryki, a Donald położył ścieżki bębnów. Warto sprawdzić album choćby dla tego kawałka.

Życzyłbym wszystkim metalowym wiarusom takiej kondycji, jaką posiada Nasty Savage. Nim włączyłem Jeopardy Room nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebuję zawodowo zagranego, nowego albumu thrash metalowego. Nasty mi go dostarczył i liczę, że na jednym albumie kolejny reunion się nie zakończy, bo byłaby to duża strata.

Ocena: 8.5/10

Nasty Savage na Facebook’u.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .