Premiera ścieżki dźwiękowej do filmu Tron: Ares odbyła się 19 września 2025, a sam film można było obejrzeć w kinach od 10 października. Za oprawę dźwiękową kontynuacji kvltowego Tronu (1982) i Tron: Dziedzictwo (2010) odpowiedzialność bierze nie kto inny, jak jeden z ojców industrial rocka, czyli Trent Reznor w spółce z Atticusem Rossem jako Nine Inch Nails. Wcześniejsze ścieżki dźwiękowe zapisały się w historii jako równie ważne, co obrazy, twórcy nie mieli więc łatwo.
Na początku muszę się przyznać, że jeszcze nie miałem okazji obejrzeć filmu. Niedobrze to się ułożyło, mieszkam w małej miejscowości, odpuściłem wyjazd na premierę do większej, licząc na późniejszą w rodzinnym mieście, i klapa. Film nie znalazł się w repertuarze. Nie wiedziałem też wtedy, że będę miał za zadanie napisanie o muzyce do filmu. Szkoda. Nie chcę czekać z recenzją do premiery w streamingu, więc jestem zmuszony opisać tę ścieżkę dźwiękową stricte pod względem muzycznym, bez możliwości skonfrontowania z obrazem.
Reznor/Ross to zwarty i dobrze zgrany duet. Reznor już w połowie lat 90. wydał album Rossa i jego kapeli 12 Rounds w swojej wytwórni Nothing Records. Nieco później Ross wyemigrował z Wielkiej Brytanii na rzecz Stanów i wtedy ich współpraca nabrała rozpędu. Ross początkowo stał się producentem N.I.N, ale z czasem również członkiem zespołu. Wspólnie muzycy zaczęli także tworzyć muzykę do świetnego projektu How To Destroy the Angels. Ich pierwszy doceniony soundtrack powstał dla filmu The Social Network z 2010 roku. To był zapalnik dla duetu i bilet „na salony”. Od tego czasu muzycy stworzyli mnóstwo muzyki dla filmów fabularnych oraz dokumentalnych. Jeżeli komuś wydaje się, że muzycy Nine Inch Nails się lenią, bo w swoim macierzystym zespole zafundowali sporą ciszę wydawniczą, to zapraszam do sprawdzenia, co tworzyli na boku. Rozjaśni to pogląd zdecydowanie.
Jako fan absolutny muzyki Reznora czekałem na premierę OST z wypiekami na twarzy. Science-fiction w zestawieniu z talentem Trenta wydawało się moim prywatnym Świętym Graalem, czymś, co musiałem pokochać bezkrytycznie. Premiera singla do As Alive As You Need To Be pokazał muzyków w świetnej kondycji, pewnych siebie i tego, czym jest Nine Inch Nails. Utwór okazał się dość esencjonalny dla stylu zespołu i jego historii. Oczywiście chciałoby się otrzymać nieco więcej jazgotu i szaleństwa rodem z dwóch pierwszych płyt, ale porównując go do ostatnich nagrań N.I.N, i tak czuć spore ożywienie i powrót do korzeni.
Za całość muzyki zabrałem się już w dniu premiery. Materiał poznawałem w odsłuchu ze streamingu. Dwadzieścia cztery kompozycje wzięły mnie w podróż po apokaliptycznym świecie zimnego ambientu i stylizowanego na lata 80. soundu. Kompozycje te są dosyć ascetyczne. Często pozbawione rytmu, świdrują narząd słuchu częstymi, noise’owymi uniesieniami. Artyści bazują tu wyraźnie na tworzeniu klimatu poprzez balansowanie między wyciszonymi momentami a głośniejszymi sonicznymi atakami. Tak budowana jest atmosfera. Pomiędzy ambientowymi wymianami sił pojawiają się od czasu do czasu bardzo fajne rytmy, które można podciągnąć pod muzykę elektroniczną, i które kojarzą mi się na przykład z twórczością Kavinsky’ego czy choćby znanego metalowcom Perturbatora. Wśród tego wszystkiego pojawiają się cztery kompozycje, które są klasycznymi utworami Nine Inch Nails. Oprócz wspomnianego singlowego, dostajemy cztery industrialne loty zbudowane w klasycznym stylu N.I.N, ale również mocno skierowane w stronę elektroniki, brzmiącej pod lata 80. Gdyby te utwory wrzucić na oddzielny krążek, to otrzymalibyśmy bardzo fajną Epkę, która mogłaby zebrać wysokie noty. Mam wrażenie, że klimatem są podobne do Fragile, czyli albumu, który z dzikiego, zwierzęcego zespołu zrobił z N.I.N band transowy, opierający się na bardziej stonowanych dźwiękach (żeby wręcz nie powiedzieć bardziej dojrzały). Wszystkie te opisane przeze mnie wpływy na płycie tworzą ścieżkę dźwiękową bardzo urozmaiconą oraz bogatą w środki. Możliwe, że znajdą się osoby, dla których ten zestaw stanie się niespójny, ale dla mnie nie stanowi to problemu.
Jedynym minusem wydawnictwa jest wydanie na Ecodigipacku. Uważam, że takie produkty są dobre na Epki, demówki lub wydawnictwa dla małych kapel, które budują markę starając się nie przesadzać z kosztami. Tu mamy produkt wydany przez Interscope Records dla filmu z ogromnym budżetem i dostajemy cienkie digi, które przetrwa lata tylko pod warunkiem, że nie będzie używane. Ja rozumiem, że każdy musi na tym zarobić, ale jakiejś granicy cięcia kosztów nie powinno się przekraczać. Fani też muszą zarobić na te niezbyt tanie wydawnictwa i dostają w zamian najbiedniejszą opcję z możliwych. Dla mnie żenada.
Podsumowując. Cieszę się z powrotu wydawniczego Nine Inch Nails, tegoroczna trasa koncertowa może być również oznaką, że będzie działo się w tym temacie więcej. Dostaliśmy od muzyków bardzo ciekawy materiał, który odtwarzany z CD wręcz poraża świetną produkcją i fajnymi brzmieniami. Jak to się zgrywa z obrazem, sprawdzę przy pierwszej, możliwej okazji. Krótko przed premierą filmu przypomniałem sobie obie wcześniejsze części i żałuję, że nie wyszło mi obejrzenie go w kinie. Ocenę pewnie mógłbym obniżyć ze względu na sposób wydania płyty, ale tego nie zrobię. Mimo wszystko ta recenzja odnosi się głównie do muzyki, a do niej nie mam żadnych zastrzeżeń.
Ocena: 8/10
Nine Inch Nails na Facebook’u.
- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2025, industrial, muzyka elektroniczna, muzyka filmowa, Nine Inch Nails, ost, recenzja, review, soundtrack, Tron: Ares.






