Site icon KVLT

Nullingroots – „Fourth Dimensional Dreamscape” (2026)

Tę pochodzącą z Phoenix w Arizonie kapelę śmiało można już zaliczyć do grona starych wyg sceny post blackowej (oczywiście w kryterium stażu istnienia zespołu). Tych kilkanaście lat na scenie nie zagwarantowało Nullingroots przebicia się do czołówki, ale fani gatunku na pewno nie pożałują, jeśli się im bliżej przyjrzą.

Fourth Dimensional Dreamscape to szósty album w dorobku tej dowodzonej przez multiinstrumentalistę Camerona Boescha kapeli. Trzon jego grania stanowią elementy zaczerpnięte z szeroko pojętego black metalu: skrzekliwy wokal, nawałnica perkusyjnych blastów oraz charakterystyczny gitarowy przester (tzw. necrosound). Amerykanie starają się go łączyć z tradycyjnym już w post blacku lekkim gitarowym rozmyciem oraz zagrywkami charakterystycznymi dla jazzu. Nie jest to jednak amerykańska wersja White Ward, gdyż jazzowe motywy stanowią tu jedynie tło, służą rozmiękczeniu gitarowo-perkusyjnej ściany dźwięku. Doskonale słychać to w otwierającym album numerze Memoir of a Frail Past. Zastosowano tu zabieg fortepianowego tła, które wychodzi poza ogólną tonację utworu, a łącząc się z gitarą i perkusją, nadaje mu przestrzeni i wprowadza trochę powietrza w dźwiękową strukturę. Owej przestrzeni jeszcze więcej dostajemy w In Reverie’s Embrace. Tutaj momentami klawisze wychodzą na pierwszy plan, tworząc interesujący muzyczny pejzaż. Zdecydowanie bardziej metalowo robi się w Life Thief. W tym utworze gitara jest instrumentem pierwszoplanowym. Trafimy tutaj nawet na fragmenty, gdzie powszechny na albumie blackowy scream przechodzi w death metalowy growl. Co ciekawe, kawałek ten nie traci przez to nic ze swego nostalgicznego charakteru.

Utwory na Fourth Dimensional Dreamscape są długie i co za tym idzie dość rozbudowane. Mimo tego ciężko im zarzucić progresywny charakter, gdyż są oparte na dosyć prostych motywach. Wyjątkiem jest tutaj najdłuższy, prawie czternastominutowy wieńczący album The Optimist. W tym przypadku zmiany tempa i nastroju są bardzo przemyślane i w konsekwentny sposób budują klimat. Jest tam również gitarowa solówka, która nie przyniosłaby wstydu takiemu Dream Theater. Warto zaznaczyć, że nie uświadczymy na tym albumie zbyt wielu shoegazowych motywów, które są stałym elementem współczesnego post-black metalu. Owszem, trafiają się takie momenty, ale stanowią one jedynie subtelną przyprawę, a nie esencję muzyki Nullingroots. Jestem jednak przekonany, że nie zniechęci to fanów tego gatunku i wielu z nich chętnie zapozna się z najnowszą propozycją Amerykanów. Argumentów ku temu nie brakuje.

Ocena 7,5/10

Exit mobile version