Onioroshi – „Shrine” (2025)

Początek bieżącego roku przyniósł nam wydawniczy powrót szerzej nieznanego włoskiego tria Onioroshi specjalizującego się w psychodelicznej odmianie progresywnego rocka. Ich drugi album, zatytułowany Shrine, ujrzał światło dzienne za sprawą francuskiej wytwórni Bitume Productions.

Zespół przygotował trzy kompozycje – a w przypadku wydania fizycznego cztery, bo dodatkowo dostajemy jeszcze całkiem krótki jak na standardy zespołu numer. Podstawowe kawałki są za to dość długie – najkrótszy Laborintus i tak trwa kwadrans, najdłuższy Egg to zaś dwadzieścia minut muzyki. Przy takim metrażu trzeba naprawdę się postarać, aby utrzymać zainteresowanie słuchacza i niestety Onioroshi są na to za chudzi w uszach. Otwierający płytę Pyramid jest jedynie poprawny, Egg zaczyna żreć dopiero w połowie, jedynie Laborintus potrafił mocniej mnie wciągnąć i otwarciej zaprezentować potencjał drzemiący w tym składzie. A jest on spory, usłyszycie na Shrine i trochę toolowej progrechy, odrobinę krautrocka, zdziebko space rocka, a to wszystko skąpane w ufomammutowej psychodeli.

Jest więc w czym rzeźbić, jednak abym mógł z czystym sumieniem zespół pochwalić, musiałby on naprodukować więcej Laborintusów. No i spędzić więcej czasu w studio przy konsolecie, bo to jak kiepsko słyszalny bywa momentami wokal (znakomitym przykładem tego jest Pyramid) nie pozostawia zbyt dobrego wrażenia. Czy będę do Shrine wracał? Raczej nie – godzinę potrzebną na jednokrotne przesłuchanie fizycznego wydania płyty bez trudu można spędzić w bardziej ekscytujący sposób. Życzę jednak zespołowi dobrze, bo te bardziej udane momenty ich drugiego albumu naprawdę dają radę – oby Włochom następnym razem udało się zwiększyć ich liczbę kosztem mielizn.

Ocena: 6/10

Onioroshi na Facebooku

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .