Czas na muzykę z płyty winylowej. Są tu jacyś ludzie, którzy nie przepadają za tym nośnikiem? Nic nie jest w stanie oddać ciepła basu czy przestrzeni jak płyta winylowa, a okładki wydają się na nich też jakieś fajniejsze.
Do meritum. W tej recenzji skupię się na winylowym wydawnictwie dosyć podziemnym. Wytwórnia Sanctus Propaganda należy do tych, które żyją własnym życiem i niespecjalnie starają się zdominować rynek, wybierając istnienie na własnych warunkach i wydawanie muzyki, którą lubią. Wydawnictwem takim bez wątpienia jest split dwóch polskich załóg działających gdzieś na pograniczu sceny hardcore/punk i post metalowej. Każda z tych załóg jest inna, ale łączy je podobny upór, by stworzyć coś własnego i oryginalnego. Są to zespoły Orphnage Named Earth (Białystok) i The Throne (Szczecin). Słuchając tego splitu, stwierdzam, że pomysł zmierzenia się ze sobą na wspólnym krążku był jak najbardziej dobry.
Miałem okazję recenzować ostatni album O.N.E noszący tytuł Saudade, materiał ten spodobał mi się momentalnie, więc cieszyłem się na obcowanie z kolejnymi nagraniami. Zespół zaprezentował dwie kompozycje, łącznie trwające prawie dziesięć minut. Pierwsza z nich nosi tytuł One Tribe i kładzie silny nacisk na plemienne upodobania muzyków. Jest to bardzo specyficzna kompozycja, gdzie iście etniczna muzyka spotyka się z typową hardcore’ową wrzutką wokalisty – zabieg ten jak dla mnie wypadł dobrze, ale mam wrażenie, że mogą znaleźć się malkontenci. Prawda jest taka, że materiały typu split, czy Ep rządzą się swoimi prawami i pozwalają na bardzo nietypowe rozwiązania, które są wybaczane dlatego, że nie znalazły się na pełnym krążku. One Tribe może być takim eksperymentem, ale jak dla mnie pełen album utrzymany w tej konwencji mógłby zagryźć. Drugi utwór to Fire In My Heart i jego siedem minut trwania łączy w sobie wszystko, co najlepsze w stylu Sierocińca Zwanego Ziemią. D–beatowe bicie, chaotyczne harmonie gitarowe, ciągotki do post metalu i ryk Wojtka Kuczyńskiego, który na tym materiale wypada jak połączenie Jana Chrisa de Koeijera (Gorefest) z Pestką (Schizma). Agresja i emocje idą w tej kompozycji w parze i świetnie się uzupełniają.
The Throne z kolei postawił na sto procent energii i gniewu. Obserwuję rozwój zespołu od początku, bardzo podoba mi się jak się rozrasta i co sobą na dzień dzisiejszy reprezentuje. Tron jest szybki, maksymalnie zdenerwowany i skuteczny. Perkusyjne d-beaty dobrze korespondują z rozmytymi riffami i zdartymi krzykami. W takiej muzyce także bardzo odpowiada mi użycie języka polskiego, teksty nie brzmią pretensjonalnie, co często się zdarza artystom polskojęzycznym. The Throne to jeden z niewielu zespołów, którym rodzimy język dodaje autentyczności czy wręcz ekstremy (na przykład utwór Krew). Muzyka prezentowana przez zespół to zdecydowanie rzecz, którą mógłbym słuchać w znacznie dłuższym wydaniu niż dwanaście minut splitu.
Oba materiały także łączy miejsce nagrania. Zespoły postawiły na pracę w Dobra 12 Studio, dzięki czemu brzmienie całości jest spójne. Lekki brud i bardzo naturalny sound w kontakcie z czarnym plackiem „gada” jak należy i wyciska z głośników ich maksymalne możliwości.
Ocena:8.5/10
Orphanage Named Earth na Facebook’u.

- Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025) - 8 lutego 2026
- Creeping Fear – „Realm of the Impaled” (2025) - 8 lutego 2026
- Korypheus – „Gilgamesh” (2025) - 7 lutego 2026
Tagi: 2020, hardcore, Orphanage Named Earth, post-metal, recenzja, review, sanctus propagadna, The Throne.






