Pomimo że lubię o sobie myśleć jako o maniaku muzy lat dziewięćdziesiątych, to nie trafiłem w ostatniej dekadzie zeszłego wieku na nazwę Patricide (nie mylić z Parricide). Zespół datuje swoje powstanie na 1993 rok, nie wypuszcza jednak w tamtym okresie żadnych nagrań. Krótko potem rozpada się, by powrócić w 2019 roku z płytą Capitis Capri Sancti. To grupa, w skład której wchodzą dwie osobistości znane z Elegis: Baron, pełniący funkcję gitarzysty, perkusisty i wokalisty, oraz Mantas w roli basisty. Pura Malum to drugie wydawnictwo Patricide, będące zarazem debiutantem w moim domu, a wydane przez Liber Khaos Productions 1 lipca tego roku.
Łapiąc do ręki digipack zawierający płytę, domyśliłem się momentalnie, kto jest autorem okładki. Grobowy styl Rotted Artist coraz częściej wkrada się na orbitę polskiego death metalu i w tym przypadku pasuje bardzo dobrze do muzyki Patricide, w której ciemność, mroczna obecność oraz wieczne zło są głównymi składnikami. Grupa w swoich polskojęzycznych tekstach porusza iście diaboliczne tematy, co słychać choćby w refrenie utworu (Martwi Żywi): „Jestem nieświęty”.
Mięsisty death metal proponowany na Pura Malum został wyprodukowany przez Marka Krupę, który zrobił wszystko, by album brzmiał mocno… i na tym etapie zaczęły się schody. Płyta, w moim uznaniu, jest silnie wzorowana na tym, co robi Aro z Monroe Sound Studio. Materiały z tej wytwórni są wręcz przeładowane, ale z zachowaniem porządku, a charakteryzująca je brutalność muzyczna idzie w parze z brzmieniem. W przypadku pracy Krupy mam wrażenie, że skomasowanie ścieżek wyszło płycie bokiem. Próbki użyte do perkusji i silnie „drapiący” mastering odhumanizował kompozycje, nadał im sztuczności. Średnio też leżą mi wypchnięte wokale – przez swoją dominację często zagłuszają ciekawe riffy i harmonie, będące jednymi z najlepszych elementów płyty. Nowy krążek Patricide skorzystałby zatem na bardziej witalnym i staromodnym podejściu. Szkoda, że wybrano inną drogę – sądzę, że dałoby się z utworów na Pura Malum wycisnąć znacznie więcej.
To nie jest niestety jedyny mankament albumu. Kolejny stanowią polskie teksty. Ogólnie rzecz biorąc, nie mam uprzedzeń do utworów w rodzimym języku, ot, czasem lubię, czasem nie. W przypadku Patricide mi nie siedzą. Napisane są w taki sposób, że odbierają niskim growlom moc i popadają w śmieszność. Żeby growlować w naszym języku bez uszczerbku na grozie, należy odpowiednio złożyć wersy i omijać pewne słowa, by nie popadać w kicz. Wyrazy typu piekielny, nieświęty, ciemności – przy ryku stają się prześmiewcze, a nie odpowiednio złowieszcze, zawsze mnie to raziło, a tu podobnych rozwiązań jest na potęgę. Polszczyzna, wbrew pozorom, jest trudna do zastosowania w metalu. Nie każdy może być Kostrzewskim, którego słowa, pomimo że często prześmiewcze, nigdy nie brzmiały śmiesznie. Mniej znaczącym, acz wciąż odczuwalnym minusem jest prawie godzinny czas trwania płyty – dwa utwory mniej i byłoby idealnie.
Teraz plusy. Te można podsumować w trzech słowach: dynamika, riffy, siła. Kompozycje z Pura Malum pisano z myślą o dewastacji poprzez totalnie siłowe granie, gdzie średnie tempa stanowią danie główne, a przyśpieszenia i zwolnienia raptem przystawki. Kierunek to jak najbardziej słuszny i odpowiednio urozmaicony. Wracając zaś do wspomnianych solówek – praca Barona robi wrażenie, wspominając chociażby wgniatające w ziemię Armilus. Jego gra brzmi apokaliptycznie, bardzo klimatycznie, a czasami ociera się o rozwiązania w stylu Nile, którego nikomu raczej przedstawiać nie trzeba.
Patricide to muzycy ograni, świadomi i nie mi ich pouczać. Tego robić nie chcę, pragnę za to pomóc. Atutów Pura Malum ma wiele, należy je więc uwzględniać w przyszłych wydawnictwach, a elementy słabsze eliminować. Zachęcam do zapoznania się z płytą, na pewno znajdzie spory posłuch w naszym kraju. Ja natomiast na razie jestem gdzieś pomiędzy sympatią, a niechęcią.
Ocena: 5/10
- Blood Red Throne – ”Sillskin” (2025) - 8 lutego 2026
- Creeping Fear – „Realm of the Impaled” (2025) - 8 lutego 2026
- Korypheus – „Gilgamesh” (2025) - 7 lutego 2026

