Site icon KVLT

Petrychor – „Apocalyptic Witchcraft” / „Macrocosmos” (2015)

Nie będę ukrywał, że zabrałem się dziś za pisanie, stosując tę formę spędzania czasu jako rekonwalescencję po nader udanym świętowaniu narodzin nowego członka zaprzyjaźnionej rodziny. Postanowiłem więc włączyć sobie coś, co nie nadwyręży zbytnio mojej skołatanej physis, nie będzie wymagało nadmiernej atencji i pozwoli w spokoju wytrwać ten trudny okres.

Od razu pomyślałem o ambientowych klimatach pokroju Hermodr lub Is, o których to już pisałem na łamach Kvlt. Wybrałem więc kanadyjski projekt Petrychor, jednoosobowy band utworzony w roku 2010 przez niejakiego Tada Pjeckę, ani chybi uchodźcę od jednego z naszych południowych sąsiadów. Pomyślałem sobie, że ów miły jegomość poplumka sobie przez pół godzinki a ja bez intelektualnego wysilania napiszę kilka poprawnych zdań i wrócę do umierania.

I tu się pomyliłem, gdyż o ile generalnie klimat splitu najnowszej EPki i poprzedzającej ją pełnowymiarowej płyty Petrychora z grubsza można by porównać do typowych klimatów jednoosobowych tworów, o tyle sama muzyka jest zdecydowanie bardziej wymagająca, mniej monotonna i zdecydowanie nieodpowiednia na mój obecny stan umysłu.

Pierwszym utworem splitu jest jedyny na EPce Apocalyptic Witchcraft. Kawałek dla niepoznaki zaczyna się akustycznym intro, którego nie powstydziłby się sam Jon Bon Jovi. W tle słychać jakieś cymbałki i jest naprawdę miło. Po chwili klimat zmienia się diametralnie a pałeczkę przejmuje Mr Black. Różnica jest jednak taka, że melodyka jest bardziej zróżnicowana niż u wspomnianych na początku kapel, poszczególne instrumenty są znacznie bardziej wyraźne i nie tworzą typowego dla np. Hermodra jednolicie szumiącego tła. Gdzieś w połowie kawałka znów pojawia się akustyczna wstawka, która konstrukcyjnie upodabnia utwór do Ius Vitae Necisque Atry Vetosus. Brawo!

Kolejne cztery kawałki pochodzą z wydanego w 2014 roku albumu Macrocosmos. Stylistycznie pozostajemy w kanonach, do których przyzwyczaił nas Pan Pjecka, stąd połączenie dwóch płyt na jednej w ogóle nie razi. Elektroniczny wstęp jak zwykle wprowadza w blackowo ambientowe klimaty. Na szczęście znów nie mamy do czynienia wyłącznie z monotonną ścianą dźwięków i chrapliwym wokalem, tylko bardzo ciekawymi przeplatającymi się ze sobą muzycznymi pomysłami. Caseless White wyróżnia się „wystającymi z utworu” partiami smyczkowymi. Świetny pomysł i aż szkoda, że kawałek jest taki krótki. Planets Born of Human Ash nie wyróżnia nic na tle pozostałych kawałków a utwór to typowa blackowa konstrukcja przemieszana z klawiszowymi antraktami. Album zamyka zdecydowanie ambientowy kawałek zbudowany na klawiszowej bazie i okraszony opętańczymi odgłosami i growlem. A gdy już dźwięki ucichły w słuchawkach, pomyślałem sobie, że przesłuchałem w sumie ponad godzinę muzyki a bardzo żałuję, że płyta już się skończyła. Ta propozycja zupełnie przypadkiem stała się odkryciem ostatnich tygodni. Obiecuję przyjrzeć się Petrychorowi nieco dokładniej i podzielić się z Wami wynikami moich dociekań.

Ocena: 9,0 / 10.

Exit mobile version