Site icon KVLT

Rob Zombie – „The Great Satan” (2026)

Niezależnie od tego, czy „Wielki Szatan” w zamyśle ma „ukryty na widoku” podtekst polityczny, naprawdę uważa, że powinniśmy „jebać świat” czy jest to tylko autokreacja, Rob Zombie właśnie nagrał płytę, która powinna pogodzić fanów „Hellbilly Deluxe” jak i „The Lunar Injection Kool Aid Eclipsce Conspiracy”.

Sześćdziesięciojednoletni rockman wraca z nowym materiałem, który sporo różni się od tego do czego zdążył nas przyzwyczaić w ostatnich latach. Nie bądźcie jednak w błędzie, Zombie nie traci swojego groove’u ani nie rezygnuje tu z pewnych muzycznych „odpałów” (np. w „The Black Scorpion”). Osadza je jednak w swoim starym, niemodnym już industrialnym brzmieniu, które było jego znakiem rozpoznawczym od połowy lat 90-tych.

Oczywiście w dużej mierze, jeśli nie w większości, jest to zasługą Mike’a Riggsa, oryginalnego gitarzysty i autora wielu świetnych numerów dla Roba Zombiego, który po odejściu z zespołu po nagraniu „The Sinister Urge” wrócił do składu razem z innym „synem marnotrawnym”, czyli basistą Blasko. I to od razu się czuje. Kompletnie odmienna wrażliwość muzyczna niż ta do której przyzwyczaił nas John5 sprawia, że „The Great Satan” od razu przenosi nas w czasie dwadzieścia lat wstecz. Zresztą, reakcja fanów na opublikowany jakiś czas temu singlowy „Heathen Days” tylko to potwierdza. Zombie znowu brzmi jak Zombie. W tle majaczą gdzieś fascynacje muzyką Jourgensena („Punks and Deamons”), Riggs przemycił też tu kilka patentów, które opracował do perfekcji w swoim drugim zespole Scum of the Earth, ale „The Great Satan” to płyta Rob Zombie. To muzyka bez przesadnego udziwniania („The Devilman”) i w pewnym sensie przewidywalna. To solidna dawka tego za co fani Zombie nadal go kochają.

Można by nieco pomarudzić, że Zombie nie eksperymentuje, nie ryzykuje, nie ma odwagi wymyślać koła na nowo. Nie wiem tylko czy można formułować takie zarzuty wobec muzyka, który zdaje się robić to co robi bo chce, a nie bo musi. I to słychać. Nie ma tu, moim zdaniem, koniunkturalizmu i chęci schlebiania gustom „starych fanów”. Po prostu, oprócz Fisha, zebrał się stary zespół, pojammował i efektem tego jest ta płyta. Przez to całość brzmi bardzo naturalnie (jeśli można tak powiedzieć o metalu industrialnym) i sprawia, że „The Great Satan” na pewno zapisze się w dyskografii Roba Zombie jako jedna z mocniejszych pozycji.

Ocena: 8/10

Exit mobile version