Bardzo lubię dostawać do recenzji płyty, których nie można jeszcze znaleźć na żadnych półkach. I to nawet nie dlatego, że data premiery jest ciągle przed nami. Uwielbiam opisywać albumy, na które normalnie nigdy byście nie wpadli. Najbardziej cieszę się właśnie z zespołów, których nikt nigdy nie znał a większość nigdy nie pozna. No to bingo!
Metalowych kapel w kraju Samby i Capoeiry jest dobrze ponad pięć tysięcy. Tyle, że ja do tej pory słyszałem tylko o Mestre Bimba oraz oczywiście o tancerkach z Rio de Janeiro, bardzo intrygująco ubranych (a właściwie to nieubranych).
I w tych wszystkich paraafrykańskich gorących i radosnych rytmach potrafili się wychować ludzie, którym bliżej do mroźnego koła podbiegunowego niż gorącego równika. Muzycy, których serca skute są lodem a dusze przepełnione smutkiem i melancholią. Pięknymi, monumentalnymi i wzniosłymi uczuciami, które w przedbiegach biją na głowę wesolutkie i prościutkie w psychologicznym podłożu podrygiwania w rodzie, w rytm afrykańskich postukiwań i pohukiwań.
Debiutancki album tria z Rio (wydany zresztą własnym sumptem) rozpoczyna się bardzo klimatycznie i standardowo, jak na blackmetalowej normy. Solifugid to właściwie szum morza i wstęp do następnego po nim, dość długiego Undertow. Wręcz w niego przechodzi, stąd rozpatrywanie tych utworów osobno chyba nie jest możliwe. Kapela na Undertow tak jakby się rozpędzała i do trzeciej minuty słyszymy wyłącznie delikatną gitarę i bas. Bardzo klimatyczny wstęp. Potem jest już nieco ostrzej, choć ani perkusja ani gitara rekordów prędkości nie biją. I dobrze, gdyż muzyka to nie wyścigi a średnio wartkie tempo pięknie współgra z lirycznym zakończeniem kawałka. I tylko sążnisty growl przypomina nam, że to nie muzyczne przelewki. Fullheart zaczyna się podobnie jak utwór poprzedni, tyle że muzycy prędzej wskakują na ostre metalowe tony. Klimaty jednak te same. Sporo melancholii, raczej doomowe zestrojenie i tempo instrumentarium. No i ostry zajadły growl. Utwór czwarty to klimatyczny i liryczny przerywnik z leśnymi odgłosami w tle. Tyle, że dźwięki pochodzą z lasów pełnych kolorowych ptaków i dziwnych zwierząt, których my nie znamy i daleko im na ten przykład do lasów karpackich. Bardzo ciekawe i przyjemne przeżycie. Z pewnością zachęca do poznawczych spacerów. Pathway przywraca nas na ścieżkę niezbyt ostrego Black Metalu. Jeśli ktoś zna norweski Posthum, to powinien znaleźć paralele pomiędzy Norwegią i Brazylią. A jeśli ktoś Posthum lubi, to znajdzie się również jak u siebie w domu. Utwór ostatni jest także najdłuższym na płycie i trwa ponad 9 minut. Rozpoczyna się jak na rozwleczony kawałek przystało. Przydługawym basowym wstępniakiem (1,5 minuty). Ale potem już jakoś idzie. Może niezbyt odkrywczo, niezbyt porywczo i niezbyt przeszywająco, ale takie już wyznaczniki posiada Solifugae. Ostry growl od frontu i mało ostra muzyka od zaplecza. I tak przez pozostałe prawie osiem minut. Koniec.
Tak sobie myślę wracając do pierwszego utworu, że w życiu bym nie przypuszczał, że tak nastrojowa i melancholijna muzyka może narodzić się w kraju tak zabawowym i wesołym. Przynajmniej patrząc fasadowo. Bo tam w środku każdy z nas ma swoje smutki i złości i musi kiedyś dać im upust. Na przykład przy Solifugae, gdyż kapela ta może nie zaprzątnie doszczętnie naszej uwagi, ale tłem do mrocznych przemyśleń jest fantastycznym. Dlatego polecam!
Ocena: 8,0 / 10.
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022

