Site icon KVLT

Sphere – „Inferno” (2025)

sphere inferno 2025

Sphere w 2025 roku to już uznana marka. Pamiętam dobrze jej początki i mocny start z debiutem Damned Souls Rituals, wydanym w dużym nakładzie przez Empire Records. Kolejne ruchy zespołu stopniowo budowały jego pozycję na scenie, a nowy, zatytułowany Inferno, na pewno przysporzy kolejnych fanów i wyrazów uznania. Album miał premierę 9 maja i ukazał się po raz kolejny z logo Deformeathing Productions.

Obserwując drogę zespołu, nie da się nie zauważyć, że rozpęd hamowały mu nie raz zmiany w składzie, a jego jedynym oryginalnym członkiem obecnie jest perkusista Th0rn. Zmiany niewątpliwie miały wpływ także na muzykę, ale od jakiegoś czasu udało się utrzymać tor i mam wrażenie, że nowy krążek jest zwieńczeniem tych wszystkich ciężkich chwil i ostatecznym ukazaniem, czym zespół miał być od początku. Ogrom wpływów muzycznych, jakie pojawiały się na poprzednich krążkach, był czasami dla mnie niezjadliwy, był grind, był black, było technicznie i były też ciągoty do prymitywnego napieprzania death/black metalu. Nie zawsze czułem się z tym dobrze – to muszę nadmienić koniecznie w tej recenzji. Pomimo, że band swoją ciężką pracą dawno zasłużył na mój szacunek, nigdy nie nagrał tak zwanego „gamechangera”, który porwałby mnie od początku do końca. Na wieść o premierze nowej płyty od początku miałem dobre przeczucia i gdy prowadzący wytwórnię Deformeathing odezwali się, czy chciałbym napisać o Inferno kilka słów, w ogóle się nie zastanawiałem, a gdy przyszła „paczka” z plikami muzycznymi, niezwłocznie przystąpiłem do odsłuchu.

Album zarejestrowano w JNS Studio pod okiem Pawła „Janosa” Grabowskiego i tu obyło się bez niespodzianek, brzmienie jest dopracowane, soczyste i należycie mordercze. Sztuka tworzona przez miłośników Vital Remains brzmi tu brutalnie, ale też wielopoziomowo. Jako że muzyka zawarta na srebrnym krążku jest bardzo urozmaicona, brzmienie także musiało pozwalać na odpowiednią przestrzeń, co na moje udało się osiągnąć, a za przykład podam utwór Limbus, gdzie w wolniejszej partii pojawiają się tła klawiszowe i świetne solo. Z brutalnej nawalanki dostajemy silnie melodyjnym i klimatycznym momentem, a brzmienie się nie dusi, wyzwalając z tego momentu maksimum możliwości.

Od strony stricte muzycznej Sphere w moim uznaniu zoptymalizował swój styl. Jego wieloletnie poszukiwania i ciągoty w różne kierunki wreszcie się odpowiednio przeżarły i dały album spójny, atrakcyjny w swej złożoności. Typowe dla kapeli gęste i częste blasty dobrze się przegryzają ze zwolnieniami, melodyjnymi solówkami czy pojawiającymi się czasem riffami utrzymanymi w blackmetalowej stylistyce. Album zaczyna się bardzo konkretnie. Krótkie, piekielne intro stworzone przez Aleksandera „Alverna” Empera wprowadza do skomasowanego ataku utworu Perditus. Tu nie ma absolutnie miejsca na litość, po dwóch minutach wstępu band atakuje na wszystkie możliwe sposoby i nie zwalnia do samego końca, oferując wiele ciekawych pomysłów i riffów. Tempa dotrzymują kolejne dwie kompozycje w postaci Limbus i Luxuria. Jeżeli te trzy utwory nie kupią słuchacza, to wydaje mi się, że nie ma już po co słuchać płyty dalej. Zespół oferuje tu to, co ma najlepszego, ukazując swe oblicze w pełnej krasie, a pojawienie się gościnnie w Luxuria wokalisty Aborted, Svena de Caluwé, pięknie podbija moc tej kompozycji. Jest to też pokaz, ile może zmienić jedna osoba bo jego agresywne, szybkie, mieszane wrzutki trzymają zupełnie inny styl niż głębokie, przeciągane growle Visnii.

Dalsza część płyty, utrzymując poziom, wpuszcza więcej przestrzeni w kompozycje, zespól zadbał, by muzyka nie była jednopoziomowa czy płaska. Inferno to ostatecznie bardzo dużo muzyki w muzyce i trzeba poświęcić sporo czasu, by ją dobrze poznać i wyłapać niuanse. Zdecydowanie należy pochwalić partie solowe, bo nadają płycie charakteru. Tła klawiszy i intra też robią bardzo dużo klimatu, nadając diabolicznego charakteru, który wydaje się obowiązkowy, gdy tworzy się album oparty tekstowo na koncepcie piekła Dantego Alighieri. Całość bardzo dobrze domyka okładka stylizowana na stare ryciny, stworzona przez Michała „Perversora” Kaczkowskiego z Cursed Art.

W moim uznaniu Inferno to mocny krok do przodu w karierze warszawskich wyjadaczy. Myślę, że ugruntuje pozycję zespołu i pozwoli mu na kolejne ruchy w ramach rozprzestrzeniania się nazwy zespołu na świecie. Nowy album jest na pewno albumem brutalnym i nie dla każdego, ale poziom dopuszczania innych wpływów do kompozycji powinien być gwarantem dotarcia do ludzi słuchających nieco melodyjniejszych odmian metalu. Tak czy siak, życzę zespołowi jak najlepiej i mam nadzieję, że potencjał materiału zostanie wykorzystany w pełni.

Ocena: 8,5/10

Sphere na Facebook’u.

Exit mobile version