Północ black metalem stoi, powiedział kiedyś ktoś mądry (czyli tzw. „cytat z siebie”). Coś w tym musi być, ponieważ nie tylko w kontynentalnej Skandynawii, ale także na wyspach kapele grające black wyrastają jak grzyby po deszczu, nawet na Wyspach Owczych, o których dzisiaj będzie mowa, a których populacja nie przekracza liczby mieszkańców Płocka. Co jest wyjątkowego w tych małych zapomnianych przez Boga i Szatana wysepkach gdzieś między Grenlandią a Norwegią?
Ano Svartmálm. Zespół, który dopiero co wydał pierwszy, pełny album o tym samym tytule, i już zrobił pewną furorę w tamtych kręgach; nazwa zespołu może i nie jest zbyt oryginalna, ponieważ oznacza w języku farerskim po prostu… black metal. Jednak muzyka i koncept artystyczny zdecydowanie warte są uwagi. Pierwsze, co zawsze zwraca uwagę to okładka, utrzymana w czarno-białym stylu rycina przedstawiająca trzy postaci śmierci w kapturach oraz zwykłych ludzi pierzchających przed nimi. Po otwarciu albumu okazuje się, że wykonała ją Elinborg Lützen, najsłynniejsza ilustratorka na Wyspach Owczych. Ilustracja nosi nazwę Ævintýrmynd I (far. obraz z baśni), przywodzi na myśl Theodora Kittelsena, tak chętnie wybieranego przez muzyków black metalowych do swoich projektów, a jednak zrywa z tą praktyką powielania. Nie ma jednak co ukrywać, że okładka niezwykle pasuje do zawartości zarówno muzycznej, jak i lirycznej płyty.
Debiuty nieczęsto są tak udane jak album Svartmálm i niełatwo się domyślić, że jest to dopiero pierwszy longplay farerskiego kwartetu. Sześć utworów zgrywa się w muzyczną i liryczną całość, tworząc atmosferyczny album koncepcyjny, podzielony na trzy akty: wszystko zaczyna się znakomitym Deytt Ljós (far. Zabite światło) z przesterowanym, pięknym riffem, do którego po chwili dołącza wysoki, skrzeczący wokal Śmierci (Deyði – w tym miejscu warto wspomnieć, że kwartet wziął przydomki od czterech jeźdźców Apokalipsy), przypominający nieco wczesne dokonania Taake czy Svena Erika „Maniaka“ Eriksena z Mayhem.
Drugą część reprezentuje Vík Frá Mær (far. Odejdź ode mnie) oraz Reiðmenn (far. Jeźdźcy), które na albumie oznaczone są jako całość. Akt rozpoczyna się dużo spokojniej od pierwszej części, przyjemnym, lecz nieco niepokojącym riffem, któremu cicho wtóruje druga gitara. Po chwili Svartmálm ruszają ciężko, a perkusja pana Wojny (Kríggj) wybija się naprzód. Vík Frá Mær ma wyraźnie zaznaczoną strukturę, selektywną; na uwagę zasługują szczególnie linie wokale z wersami Śmierci krzyczącego tytułowe „Odejdź ode mnie!“. Piorunujące wrażenie.
Ani chwili wytchnienia, ponieważ utwór płynnie przechodzi w swą drugą część, Reiðmenn, zaczynającą się galopadą perkusyjną. Rytm ten utrzymuje się przez połowę pięciominutowego utworu, kiedy nagle wszystko powoli gaśnie, cichnie i zostaje tylko gitara…
Trzeci akt składa się (tak, dobrze liczycie) z trzech utworów, które są częścią jednej większej, nazwanej Svartideyði (far. Czarna śmierć). Pierwsza, Tað Ónda (far. To zło), otwiera ostatnią część spokojną, hipnotyczną melodią, aby po trzech minutach ucichnąć i nagle uderzyć wręcz doomową złowieszczą siłą.
Tað Ónda kończy się krótką organową melodią, niemal pogrzebową, aby następnie płynnie przejść w drugą część aktu o Czarnej Śmierci – Mánin Litast Reyður (far. Księżyc w kolorze czerwieni). Kolejny raz mamy tutaj prawie doomowy klimat, a nawet powolne, gitarowe solo, które szybko przyspiesza, aby pan Zaraza (Pest) mógł popisać się swoją wirtuozerią.
Ostatnią częścią, i jednocześnie utworem zamykającym album, jest Deyðin Nærkast (far. Śmierć nadciąga), w którym pan Śmierć wykrzykuje swe imię, utwór rusza powoli, aby za połową przyspieszyć, perkusja Wojny wygrywa blasty, zupełnie jak gdyby wspomniana Czarna śmierć przyspieszyła i rozszerzała swe zasięgi coraz dalej i prędzej. Album kończy się wręcz takim cliffhanger’em, które znamy raczej z seriali. Tutaj tak samo dziwimy się, że to już koniec i nie możemy doczekać się kolejnej części. A ta, niestety, nie nadchodzi.
Svartmálm zostawia mnie z niedosytem. Po przesłuchaniu tej równej i wyważonej płyty chce się więcej – a całość trwa mniej niż czterdzieści minut. Zespół ma potencjał zrobić taką karierę jak chociażby Hamferð czy Auðn, ich rówieśnicy z Islandii, i słychać, że czterech jeźdźców Apokalipsy z Wysp Owczych stać na dłuższy album. I na takiego następcę Svartmálm będę właśnie czekać.
Ocena: 8,5/10
- 1349 – „Dødskamp” (2019) - 9 kwietnia 2019
- Watain, Anaal Nathrakh – Osaka (03.03.2019) - 3 kwietnia 2019
- Watain, Anaal Nathrakh – Tokio (01.03.2019) - 28 marca 2019

