Site icon KVLT

Svarttjern „Dødsskrik” (2016)

Uwielbiam norweski black metal. Każdy, kto czytał moje wypociny na tych stronach powinien to dawno zauważyć. Czasami podchodzę do produkcji z Północy krytycznie, czasami jaram się nimi jak gówniarz… Czasami jestem w kropce. I tak jest właśnie z nową płytą Svarttjern. Po fenomenalnym debiucie Misanthropic Path of Madness z 2009 kapela proponowała raz lepsze, raz gorsze rzeczy. Ostatni krążek z 2014 roku Ultimatum Necrophilia był całkiem przyzwoity, choć to nie to samo co ich pierwszy album. W tym roku Norwegowie powrócili z nową propozycją  – Dødsskrik wydanym pod szyldem Soulseller Records. Krążkiem dobrym, ale zdecydowanie poniżej oczekiwań.

Dramatyczne, może nazbyt teatralne, ale jednak agresywne i na pełnej kurwie dźwięki z debiutu rezonują mi w uszach bardzo mocno. Nic dziwnego, że każdą kolejną propozycję Svarttjern przyrównuję właśnie do Misanthropic Path of Madness. Tamten album miał wszystko to, czego brakuje Dødsskrik. Klasyczne, dynamiczne i ostre granie drugiej fali pomieszane z dobrą energią i kompozycjami, które może niezbyt oryginalne i zrobione na klasycznych patentach, naprawdę robiły robotę. Kilka płyt później mamy już sporo szukania dziury w całym, próbowania tego czy owego. Wolniej, szybciej, lepiej gorzej i bez energii. Może to wina produkcji, która jest dla mnie nieco zbyt grzeczna i płaska? Może chłopaki nie mają już tego pazura, z którym zaczynali? Nie zrozumcie mnie źle, na tej płycie jest wszystko co powinno być, ale z drugiej strony brakuje jej tego czegoś, tej atmosfery, aury, która spowijała debiut i dawała nadzieję na coś więcej niż tylko przeciętne black metalowe granie w europejskiej trzeciej lidze. Może się czepiam, ale do mnie po prostu Dødsskrik nie trafia. Nie przekonuje mnie ani układ płyty, ani kompozycje, ani brzmienie, które stoi w rozkroku między klasyczną piwnicą a nowoczesnym miksowaniem.  Połączenie, które w moim odczuciu nie jest tu trafione.

Na pewno im bliżej końca płyty tym lepiej. Ostatni track szczególnie przykuł moją uwagę bo kojarzy mi się właśnie z tym czym jest dla mnie Svarttjern – klasycznym, norweskim łojeniem, które niczego nie udaje. Ja nie szukam oryginalności w muzyce, nie łudzę się, że kazda kolejna płyta powinna być odkrywcza. Nie powinna. Takie rzeczy w cyklu życia zespołu zdarzają się tylko raz. W przypadku Svarttjern tak było w 2009. Czy uda im się to kiedyś powtórzyć? Miejmy nadzieję, że Dødsskrik to nie jest ich ostatnie słowo…

Ocena: 6/10

Exit mobile version