Jakiś czas temu świat muzyczny obiegła informacja o tym, że Swansi się rozpadają. Nie wiem do końca czy to była wina przejęzyczenia Giry czy chwilowego zamroczenia fanów, ale wszystko się wyjaśniło po krótkiej notce opublikowanej na stronie internetowej i fb zespołu. To koniec Swansów jakich znamy. Ostatnia płyta w dotychczasowej reinkarnacji zespołu. Michael dziękuje całemu składowi, ogranicza liczbę koncertów do minimum i szuka nowych łabądków do wspólnego tworzenia muzyki. Jak więc wypadał kolejny ostatni album Swansów? Potrzebowałem ponad dwóch tygodni, aby odpowiedzieć na to pytanie.
Swans to amerykański zespół muzyczny wykonujący muzykę eksperymentalną. Post-punk, no wave, noise rock, post-rock, industrial, neo-folk – to kilka łatek, które dało się przyczepić ich muzyce w przyszłości, ale ja sam uważam, że experimental rock jest najmniej krzywdzącą z nich wszystkich.
Monotonia. Nieprzerwana repetycja i rozciąganie kompozycji do granic możliwości. Dorzućmy do tego jeszcze miażdżący hałas, odrobinę chaosu i nieogarnięty wokal Giry, to otrzymamy utwór Swansów przy którym fani będą płakać ze szczęścia. The Glowing Man także zaczyna się od monotonii i… Przez pierwsze utwory nie oferuje specjalnie nic poza tym. I jasne na pierwszej płycie jest kilka fajnych momentów jak dla przykładu mniej więcej druga połowa The World Looks Red / The World Looks Black, gdzie mamy fenomenalną, wielowarstwową rytmiczną partię, podczas której Gira śpiewa Follow the Sleeper Man/Follow the Maker Man/Fallow the Keeper Man/Follow the Leaver Man. Świetny jest też fragment w Cloud of Unknowing przywodzący na myśl najlepsze partie z The Epic od Kamasiego Washingtona. Wszystkie instrumenty grają na raz mocnym, jednostajnym dźwiękiem, nad tym wszystkim unosi się zawodzący wokal Michaela, który dodatkowo wzmacniany jest przez kobiecy wokal i klawisze. Pomimo chaosu jesteśmy blisko doświadczenia czegoś pięknego, czekamy na to przez cały kawałek. Tak się jednak nie dzieje. Zespół krąży wokół punktu kulminacyjnego, ale ostatecznie nigdy go nie dotyka, co cholernie rozczarowuje. I choć Cloud of Forgetting oraz Cloud of Unknowing miały z założenia być swego rodzaju modlitwami (stąd zapewne tekst zredukowany do pojedynczych słów i przedłużane zaśpiewy) to wyjątkowo trudno się w nie wczuć i doświadczyć czegokolwiek przy tej muzyce. To co dotychczas było siłą Swansów tutaj staje się ich wadą – kompozycje są niemiłosiernie rozwleczone, a pojedyncze partie zmieniają się zdecydowanie zbyt gwałtownie. Monotonia, która dotychczas hipnotyzowała zapętlonym rytmem, teraz męczy nudą. W przypadku pierwszej płyty wydaje mi się, że na niekorzyść zespołu działa także produkcja – muzyka jest bardziej wygładzona niż kiedykolwiek wcześniej i brakuje jej niekiedy odpowiednio chropowatego uderzenia. I choć całość jest w miarę równa i brakuje jakichkolwiek większych zgrzytów, to… przeszkadza to w momentach większego chaosu czy nasilenia dźwięków. Aż się wtedy prosi, aby dźwięk drażnił i kłuł w uszy. Nawet wokal Giry zdaje się mniej nieogarnięty niż zazwyczaj. Poza tym nic nie zaskakuje ani nie ekscytuje, a tego zespołowi pokroju Swans nie jestem w stanie wybaczyć. Wniosek po pierwszej płycie? Całe szczęście, że to ostatni album tej odsłony zespołu.
Druga płyta znów raczy nas spokojem. Fale dźwięku poruszają się w przód i w tył sprawiając, że i sam słuchacz się w nich zatraca. Do delikatnego wokalu dołączają powoli kolejne instrumenty i kolejne głosy i… Dopiero tutaj można doświadczyć wrażenia, które Gira chciał wywołać we wcześniejszych utworach. Poczucie jakby nowoczesne sacrum mieszało się z tą pierwotną, brudną, nieokrzesaną i tajemniczą religijnością. Sama struktura utworu jest bliższa tej z ostatnich płyt Swansów – wszystkie zmiany wydają się naturalne, a 21 minut zlatuje prawie niezauważanie. Przez cały trwania Frankie M ma się poczucie, że kompozycja gdzieś nas prowadzi i zmierza w określonym kierunku. I choć tekst jest dość prosty lirycznie (eufemizm), to muzycznie dzieją się naprawdę świetne rzeczy. Podobnie sprawa się ma z kolejnym długim utworem – The Glowing Man zaczyna się spokojnie od klawiszy i brzdąkającej gitary, a każda następna zmiana wydaje się logiczna i uzasadniona. Co prawda da się tu usłyszeć przebijające się motywy z utworu Bring The Sun/Toussaint L’Ouverte z To Be Kind (w końcu ten kawałek powstał jako efekt improwizacji właśnie na podstawie tej kompozycji), to rytualne zaśpiewy, mocniejsze niż kiedykolwiek na tej płycie eksplozje dźwięku czy TEN SUPER RIFF absolutnie to wynagradzają. I serio rytmiczna partia z The Glowing Man jest jedną z najfajniejszych na całym albumie. Na szczególną uwagę zasługuje jednak inny utwór – When Will I Return?. Jeśli mam być szczery, to gdy zespół opublikował go na Youtube, to niespecjalnie przypadł mi on do gustu. Teraz myślę, że jest najlepszym z całej płyty i jedynym przy którym mam ciary na plecach. Gira napisał ten kawałek dla swojej żony, która w przeszłości była wykorzystana seksualnie i to właśnie ona tutaj śpiewa. Śpiewa zresztą na początku przeraźliwie monotonie i podobnie jak to u jej męża – ten typ głosu nie każdemu może przypaść do gustu. Później jednak w kompozycji zachodzi duża zmiana muzyczna, gdy od minimalistycznego tła dochodzimy do rytmicznej, monumentalnej partii za jakie to kochamy Swansów. Albo przynajmniej ja kocham. I jak słyszymy „I’m Alive” śpiewane przez Jennifer na tle okrzyków Giry, czując to zwycięstwo wobec wcześniejszego bólu i cierpienia, to trudno nie mówić o doświadczeniu czegoś pięknego. O ostatnim utworze mogę powiedzieć mało poza tym, że stanowi wyjątkowo satysfakcjonujące domknięcie i w tej roli sprawdza się rewelacyjnie. Prosty rytm, pozytywny vibe, interesujący tekst jak i sposób w jaki utwór się rozwija naprawdę świetnie wyszły zespołowi. Wniosek po drugiej płycie? Całe szczęście, że to ostatni album tej odsłony zespołu. Ale, ale chwila! Czemu?
Pierwsza płyta The Glowing Man zupełnie nie przypadła mi do gustu. Druga pomimo naprawdę świetnych momentów nie dorównuje poprzedniczkom, a wręcz… Ma się wrażenie jakby muzycy nie mieli już pomysłów co dalej robić. Brak tu jakiegokolwiek zaskoczenia, szoku, zdziwienia. Dotychczasowa muzyka Swans była pełna dźwięków, które mogły drażnić, które mogły irytować – temu albumowi znacznie bliżej do Soundtrack For The Blind, który nie należy do moich ulubionych płyt zespołu. I po raz pierwszy jestem zmuszony kiwać ze zrozumieniem głową, gdy ktoś powie „Swansi to zawsze grali ciągle ten sam utwór”. Dobrze, że się rozchodzą – może nowe łabądki zaskoczą nas czymś nowym, bo te są już doszczętnie obskubane z ekscytujących pomysłów.
Ocena: 6,5/10
Autorem jest Naird (Adrian).
- Krakowski ONLY SONS (retro/hard rock/alt metal) wydał płytę „Through The Night Again „ - 17 kwietnia 2026
- KONRAD CIESIELSKI na wyjątkowym koncercie w Warszawie - 17 kwietnia 2026
- ACIDSITTER na trasie koncertowej z włoską kapelą SHARASAD - 17 kwietnia 2026
Tagi: Adrian, Bring The Sun/Toussaint L’Ouverte, Cloud of Forgetting, Cloud of Unknowing, Experimental rock, Frankie M, industrial, Kamasi Washington, Michael Gira, Naird, neo-folk, no wave, noise rock, post-punk, post-rock, Soundtrack For The Blind, Swans, The Epic, The Glowing Man, The World Looks Red / The World Looks Black, To Be Kind, When Will I Return?.






