Polski black metal był już wszędzie – w piekle i w niebiosach, w lasach i na polach, w jaskiniach i kopalniach. Był też na mieście, w zakazanych dzielnicach i podejrzanych zaułkach. I w tym ostatnim środowisku świetnie czuje się Sznur – rozszerzony do duetu projekt wokalisty i gitarzysty wałbrzyskiego Moontower. Miejsce akcji to raj gorliwych aktywistów z opieki społecznej – ulice pełne brudu, płynące rynsztokiem śmieci, wszechobecny syf. Na ulicy Dom Bez Okien, a jedynym jego wyposażeniem jest sznur, oczywiście w charakterze Wieszaka Dla Skóry. Jeśli się tam znajdziesz, będą czekać na Ciebie Seth i Zero ze szlachetnym pozdrowieniem i staropolskim przesłaniem: Zdychaj Chuju!
Rolę gnębiciela w tym skrajnie patologicznym środowisku pełni zaskakująco wyważony, starannie przemyślany black metal. Niespecjalnie czuć tu charakterystyczny, polski sznyt, ale to tym lepiej, bo dzięki temu płyta nie traci spójności tekstu i muzyki. Rwące riffy, częste zmiany tempa, harmonijne, trzymane w kompozycyjnych ryzach tremola doskonale współgrają z antyludzką, całkowicie beznadziejną, do bólu depresyjną warstwą liryczną, brutalnie eksponującą piekło życia. Jeśli na te treści, wykrzykiwane brutalnym, przesiąkniętym rozpaczliwą niemocą głosem nałożyć potężne riffy, które dobijają do podłogi, efekt może być tylko jeden – sznur na szyję i stołek spod nóg. Gdy niskie gitary nieśpiesznie mielą na tle wolnego tempa i dochodzi do tego przerażający wokal, to mamy już niemal czysty, muzyczny sadyzm. Tym bardziej okrutny, że zaserwowany na chłodno, czasami wręcz z pietyzmem, z dbałością o każdy cios, w postaci riffu, motywu, czy nietypowego przejścia. Dręczyciele muszą mieć radość z zadawania takiego bólu, bo tu nic nie dzieje się na ślepo. Szał unicestwiania jest dokładnie wyreżyserowany i składa się na spójny, jednoznaczny w wymowie spektakl.
Uczciwie trzeba przyznać, że ten spektakl jest fascynujący w swej wymowie. Ciężko szukać lepszej harmonii między przytłaczającą, betonową odmianą black metalu i tak skrajnie nihilistycznym przesłaniem. Na tej płycie zwyczajnie słychać brzdęk opróżnionych flaszek, ciosy zadawane na oślep przez zamroczonych alkoholem, nienawiścią i poczuciem pustki ludzkich wraków, przewracający się taboret i trzask kręgów szyjnych w pętli sznura. To wszystko się po prostu dzieje.
Bardzo ciekawe jest to, że drugi album zespołu można traktować dwojako – jako nośnik patologii, która odgrywa się za ścianą, i jako suchą kronikę faktów. Bardzo dosłownie i brutalnie napisaną, z wkomponowanymi w muzykę autentycznymi relacjami kobiety dręczonej przez Likwidatora Rodziny czy innej, która była świadkiem pobicia. I co najciekawsze – oba sposoby się wzajemnie w ogóle nie wykluczają.
Fascynująco przerażający album.
Ocena: 9/10
- Peurbleue – „La Cigue” (2022) - 10 grudnia 2022
- Voidfire – „W Cienie” (2022) - 8 grudnia 2022
- Miasmes – „Vermines” (2022) - 23 listopada 2022
Tagi: 2019, album review, black metal, polish band, polish black metal, recenzja, sznur, zabić się będąc martwym.






