6 marca nakładem Relapse Records odbyła się premiera nowej płyty amerykańskiej hordy Temple of Void. Album nosi tytuł The Crawl i jest piątym w dyskografii zespołu wywodzącego się z death/doom metalowej sceny. Nie posiadam zbyt wiele doświadczeń związanych z odsłuchem wcześniejszych płyt załogi z Detroit – znam jedynie wydany w 2017 roku album Lords of Death, co niewątpliwie nie daje mi pełnej wizji rozwoju zespołu. Skupię się więc bezpośrednio na The Crawl.
Album ten nagrano w GoodCity Studio pod okiem Kurta Ballou (m.in. Gatecreeper, High On Fire), a mastering wykonano w Audiosiege Mastering Studio (Pig Destroyer, Nails, The Stranger Things OST). Efektem tych wyborów jest naprawdę potężne, żywe brzmienie, które posiada w sobie bardzo dużo przestrzeni. Momenty cięższe potrafią wgnieść w glebę, a melodyjne i klimatyczne oferują duży ładunek atmosfery. Jedynym, co mógłbym zarzucić, są dosyć cicho ustawione wokale. Jest to na pewno wybór świadomy, aczkolwiek czasami mam wrażenie, że brakuje mi w tym aspekcie klasycznego uderzenia i tak zwanej „kropki nad i”, bo wolę, gdy wokale prowadzą muzykę, a nie są kolejnym instrumentem, który w miksie sprawuje rolę gitary basowej.
Co do samej muzyki, to dzieje się tu wiele. Jeżeli band w przeszłości obracał się w death/doomowych klimatach, to obecnie wyraźnie się od tej szufladki odciął i generalnie zrobił wszystko, by nie było łatwo go szufladkować. Na pewno jest melodyjnie i przestrzennie. Utwory bazują na budowaniu klimatu, który walczy o swój byt z okazjonalnymi ciężkimi partiami, raczej z nimi wygrywając. Nie wiem, czy te klimaty można podciągnąć pod post metal, czy metal klimatyczny, ale faktem jest, iż atmosfera wzięła tu górę. Czasami wkrada się też riff w stylu melodyjnej twarzy Candlemass czy wczesnego Amorphis. Kompozycje nie są skomplikowane, aczkolwiek urozmaicone i oferują wystarczająco wiele zmian tempa i motywów, by utrzymać słuchacza w skupieniu – ja zaś skupiam się na pracy gitar i ich świetnym brzmieniu. Jest to zdecydowanie najsilniejszy element płyty, na który zwraca się uwagę w pierwszej kolejności. Z kolei najsłabszym są wokale, bo przy takim urozmaiceniu monotonny growl zaczyna najnormalniej nie wystarczać, a czasami nawet podcina skrzydła kompozycjom.
Z równej całości na wyróżnienie w moim uznaniu zasługuje utwór A Dead Issue, w którym riff otwierający wzbogacony o tła klawiszowe czaruje i przyprawia o gęsią skórkę. Ten kawałek przypomina mi trochę miks starego Opeth z solowym albumem Dana Swano Moontower i widziałbym przyszłość Temple of Void na tym polu.
Piąty album smutasów z Michigan jest mocną pozycją o dosyć szerokim polu rażenia. Myślę, że mogą się nią zainteresować fani doom metalu, death metalu i bardziej progresywnych odmian. Na album zwrócą uwagę marzyciele i ludzie o elastycznym podejściu do metalowej nuty. Ciekawi mnie też, w jakim kierunku Temple of Void pójdzie w przyszłości, bo The Crawl daje wiele możliwości.
Ocena: 7/10
- Temple of Void – „The Crawl” (2026) - 11 marca 2026
- Exodus – „Goliath” (2026) - 10 marca 2026
- Insidius – „Vulgus Illustrata” (2026) - 3 marca 2026
Tagi: 2026, Atmospheric Doom Metal, death metal, doom metal, recenzja, Relapse Records, review, Temple of Void - The Crawl.






